http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Liu Xiaobo: Jedyna droga to autoreforma partii komunistycznej

d
2010-10-08, ostatnia aktualizacja 2010-10-08 13:18

"Najmniej kosztowną drogą do demokratyzacji i modernizacji Chin jest autoreforma partii. Presja wywierana przez społeczeństwo obywatelskie może tylko w sposób umiarkowany promować tę autoreformę. Mała nieostrożność mogłaby doprowadzić nawet do większej tragedii niż ta z 4 czerwca 1989 r." - pisał 10 lat temu obecny laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

Uwięzionego Liu Xiaobo można zobaczyć na zdjęciach będących w posiadaniu jego żony Liu Xia
Fot. PETAR KUJUNDZIC REUTERS
Uwięzionego Liu Xiaobo można zobaczyć na zdjęciach będących w posiadaniu jego...
RAPORTY
SERWISY
Poniżej fragmenty artykułu Liu Xiaobo, który opublikowaliśmy w "Gazecie Wyborczej" 3 czerwca 2000 r. Wykłada on tu swój zasadniczy pogląd na przyszłość przemian demokratycznych w Chinach - tylko przez kompromis opozycji z władzą. I za to właśnie jest krytykowany przez bardziej radykalnych dysydentów chińskich.

W przytaczanym tekście Liu wspomina tragiczne wydarzenia w czerwcu 1989 r. na Placu Tiananmen i na tym przykładzie dowodzi, że demokratyzacja jest możliwa tylko przez autoreformę rządzącej partii komunistycznej. Jego zasadnicza teza brzmi:

"Najmniej kosztowną drogą do demokratyzacji i modernizacji Chin jest autoreforma partii. Presja wywierana przez społeczeństwo obywatelskie może tylko w sposób umiarkowany promować tę autoreformę. Mała nieostrożność mogłaby doprowadzić nawet do większej tragedii niż ta z 4 czerwca 1989 r."

Oraz

„Stopniowe przekształcenie Chin w nowoczesne i demokratyczne państwo nie może opierać się tylko na tym, że rządząca partia zdecydowanie przeprowadzi autoreformę i zmieni swój wizerunek publiczny - osiągnięcie tych celów zależy również od współpracy opozycji”.



A oto fragmenty tego obszernego tekstu.

(...)

Wydarzenia na placu Tiananmen przywoływały na myśl sławne powiedzenie Lenina: "Rewolucje są festiwalami ciemiężonych i wykorzystywanych". Tłumy ciągnące na Tiananmen początkowo przybywały pieszo; później napływały szwadrony rowerów, trójkołowców, a na koniec motocykli i samochodów. Ryk silników, rozwinięte flagi, ogromne ilości transparentów, slogany skandowane jeden po drugim, wszechobecne znaki "V" i szerokie uśmiechy na twarzach ludzi - wszystkie te elementy tworzyły atmosferę spektaklu. Na gigantycznym, kilkudziesięciometrowym transparencie, zwisającym z Muzeum Historii Rewolucji, widniały tylko dwa słowa: "Przebudźcie się".

Głodujący studenci ciągle tracili przytomność, lekarze kursowali w tę i z powrotem, w akompaniamencie syren ambulansów. Tragiczny sens tego zmierzania ku śmierci podgrzał już i tak gorącą atmosferę placu. Wydarzenia na placu, w których studenci odgrywali główną rolę, przyciągnęły też rolników, robotników, żołnierzy, handlowców, przedsiębiorców, intelektualistów, a nawet siwowłosego wiekowego profesora, torującego sobie laską drogę wśród rzędów demonstrantów. Starsza kobieta, z twarzą pooraną zmarszczkami, jechała na trójkołowcu popychanym przez swojego syna. Jej palce również układały się w literę "V". Uczniowie nieśli transparenty, popierając swoje starsze rodzeństwo, i wznosili pięści w geście wsparcia. Świętowały także przedszkolaki, prowadzone przez wychowawczynie, wymachując kolorowymi chorągiewkami. Znaleźli się tam również mnisi śpiewający modlitwy. Wszystko to dało ludziom złudne wrażenie, że jest to rewolucja, która ma szansę powodzenia. Ten protest sprawił, że każdy jego uczestnik tańczył z radości.

(....)

Dopiero później dotarło do nas, jak kuszeni przez "rewolucyjną słuszność" porzuciliśmy racjonalne myślenie. Nie wiemy naprawdę, ile z blisko miliona ludzi zebranych na placu Tiananmen było całkowicie niezadowolonych z reform. Ilu wiedziało, że te czterdzieści lat chińskiej tragedii było spowodowane dzikimi wybrykami despotyzmu? Ilu miało klarowną koncepcję demokracji? Złudzenie wytworzone przez dynamikę tego ruchu sprawiło, że zignorowaliśmy straszne skutki, wynikające z ciągłej eskalacji żądań. Spowodowało też, że wiara w naszą słuszność wykroczyła daleko poza granice politycznej rzeczywistości i stała się szaloną mrzonką.



Ruch Czwartego Czerwca inspirował się światowym trendem demokratyzacji i czuł, że chronią go żądania zachodnich demokracji o przestrzeganie praw człowieka. Tragedia polegała na tym, że byliśmy świadomi jedynie dążenia do demokratyzacji, świadomi, iż jest ona światowym trendem, kierunkiem, w którym mają w przyszłości iść Chiny. Uważaliśmy, że obecność niezliczonych dziennikarzy zagranicznych jest dowodem poparcia całego świata.

Nasz romantyczny idealizm przytłoczył nas. Byliśmy zbyt słuszni, zbyt odważni, zbyt pewni siebie. Byliśmy zupełnie zamroczeni. Dlatego całkowicie przeoczyliśmy to, iż chińska rzeczywistość nie stwarza warunków, by umieścić w niej z dnia na dzień demokratyczne społeczeństwo. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że chociaż demokratyzacja jest warunkiem koniecznym dla modernizacji Chin, nie jest to w żadnym razie jedyny tego typu warunek.

Bez politycznej demokratyzacji reformy w Chinach nie mogą być kontynuowane. Gdy jednak kładzie się zbyt duży nacisk na demokratyzację polityczną, nie da się dokonać reform i modernizacji.



W dzisiejszych Chinach demokratyzacja nie jest cudownym antidotum, gdyż Chinom brakuje odpowiednich warunków dla jej istnienia. Nie dzieje się tak tylko za sprawą partii, która mocno dzierży władzę i nie jest w stanie zaakceptować politycznego pluralizmu. Chodzi również o masy, które wciąż do końca nie rozumieją zasad demokracji i nie są w stanie stosować odpowiednich środków, by chronić swoje prawa.

Jeszcze wymowniej o niepowodzeniu ruchu świadczy fakt, że studenci i intelektualiści, nazwani "żołnierzami demokracji", rozumieli demokrację tylko w teorii, a nie posiadali o niej praktycznej wiedzy. Nie wiedzieli, jak stworzyć i wprowadzić w życie demokrację, jako system polityczny czy powszechny zestaw procedur.

Demokracja, o którą walczyliśmy, była pusta, nadmiernie emocjonalna i nie wyszła poza ekscytujący, romantyczny poziom sloganów i idealizmu naszej, dopiero co ukształtowanej świadomości. Większość z metod, które stosowaliśmy, by zmobilizować tłumy, niczym nie różniła się od metod partii, stosowanych przez nią wcześniej wiele razy. Dążyliśmy do zakrojonego na wielką skalę, lecz pustego, sensacyjnego efektu i nie chcieliśmy przedstawić konkretnej listy żądań. Wciąż nie pojmowaliśmy, iż demokratyzacja jest nie tylko wspaniałym spektaklem; to również realny, konkretny, szczegółowy, a nawet nużący proces ustanawiania i stosowania demokratycznych procedur. Z uwagi na specyficzne zadanie, jakim jest faktyczne tworzenie funkcjonującego, demokratycznie rządzonego społeczeństwa, niewiele się różnimy od partii komunistycznej. I my, i oni musimy zacząć od początku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':