- Łączy nas wyłącznie król, piłkarska reprezentacja oraz belgijskie piwo - powiedział przed kilku laty Yves Leterme, Flamand stojący obecnie na czele odchodzącego rządu Belgii.
Konflikty między mówiącymi po niderlandzku Flamandami, stanowiącymi ok. 60 proc. Belgów i mieszkającymi głównie we Flandrii, a frankofonami z Brukseli oraz Walonii targają belgijską polityką od kilku dekad. Obie społeczności od lat 70. nie mają ani jednej wspólnej partii politycznej, czytają różne gazety, oglądają osobne kanały telewizyjne i studiują na oddzielnych uniwersytetach. A Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA) Barta De Wevera, który wygrał ostatnie wybory parlamentarne z 13 czerwca, domaga się stopniowego, obliczonego na wiele lat rozwodu Flandrii i Walonii, czyli - jak tłumaczy - "rozpuszczenia się Belgii" w Unii Europejskiej.
- Belgijska armia - to brzmi śmiesznie. Jesteśmy za mali. Niech obroną zajmie się Unia - tłumaczy De Wever. To on po blisko czterech miesiącach zerwał przedwczoraj rozmowy o nowym rządzie Belgii (rządy są zawsze flamandzko-walońskie) z Elio Di Rupo, czyli szefem Partii Socjalistycznej, która ma największe poparcie wśród frankofonów. - Bardzo trudno rozmawiać z De Weverem o wspólnym rządzeniu krajem, którego on nie chce - narzeka jeden z frankofońskich ministrów.
Polityczne tarcia między Flamandami i francuskojęzycznymi Belgami przypominają - oglądany niejako w soczewce - konflikt między bogatszą Północą w Europie oraz jej uboższym Południem. Zasobniejsi Flamandowie lubią podkreślać swoje germańskie zdyscyplinowanie, pracowitość czy też rozsądek w finansach, które mają być zaprzeczeniem walońskiej, niemal śródziemnomorskiej beztroski. Podobne argumenty można było wyczytać w niemieckich gazetach, gdy zagrożone bankructwem Ateny wyciągały rękę po unijną pomoc wiosną tego roku.
- Długie rządowe kryzysy to belgijski rytuał. Jednak teraz zaszło to tak daleko, że pierwszy raz nie mam pojęcia, czym się skończy - mówi politolog Carl Devos z Uniwersytetu Gandawskiego.
Wprawdzie Belgii jeszcze daleko do chronologicznego rekordu kryzysu (w 2007 r. czekała na nowy rząd aż dziewięć miesięcy), ale tym razem na ostrzu noża stanęła finansowa solidarność między Południem i Północą. De Wever chce, by Flandria i Walonia niezależnie ściągały podatki dochodowe, co osłabiłoby
budżet centralny i ograniczyło transfery do Walonii. Frankofoni łożyli na Belgię do lat 60. dzięki górnictwu i przemysłowi ciężkiemu, ale dziś to istotnie Flamandowie wydają na wspólne państwo znacznie więcej. Wielu robi to bez entuzjazmu, postrzegając Belgię - nie bez historycznych przyczyn - jako narzędzie językowej i kulturowej ekspansji frankofonów w Brukseli i południowej Flandrii.
Mimo wspólnego języka Flandrii nie chcą u siebie Holendrzy, a i Paryż przyłączenie Walonii do Francji traktuje jako political fiction. Czy Belgowie z północy i południa są zatem jeszcze na długo skazani na siebie, podobnie jak bogaci
Niemcy i biedniejsi Grecy we wspólnej Europie? - Tak. Nie wierzę w szybki rozpad kraju. Kryzys rządowy trwał od dawna, ale zwykli ludzie najpierw nie przejmowali się nim z powodu wakacji. Potem wszystko przyćmił skandal pedofilski w belgijskim Kościele. Zaraz znowu przestaną się nami emocjonować - pociesza członek belgijskiego rządu. A konstytucjonaliści przekonują, że Yves Leterme jako p.o. premiera może rządzić nawet całą kadencję. Zwłaszcza że mimo kryzysu
Belgia prosperuje całkiem nieźle.