Już w latach 50. wbił sobie do głowy, że gdyby ludzką komórkę jajową udało się zapłodnić w laboratorium, a potem wprowadzić do macicy, powinno urodzić się zdrowe dziecko. I w ten sposób udałoby się pokonać plagę niepłodności - choroby, która dotyka co dziesiątą parę na świecie.
Robert Edwards nie zajął się niepłodnością z powodu własnych kłopotów. - Los obdarzył go pięcioma córkami - mówi "Gazecie" wybitny polski embriolog prof. Andrzej K. Tarkowski, który poznał dzisiejszego noblistę w Wielkiej Brytanii w 1960 r.
Edwards początkowo prowadził badania na myszach, ale potem z pasją wziął się do ludzkich zarodków. Pozyskał cennego współpracownika - zdolnego chirurga i ginekologa dr. Patricka Steptoe'a.
Droga do opracowania metody in vitro nie była jednak usłana różami. Naukowcy musieli wyjaśnić, w jaki sposób w jajniku dojrzewają komórki jajowe, jak różne hormony regulują ten proces, w którym momencie jajeczko jest gotowe na przyjęcie plemnika, wreszcie - jak aktywować w laboratorium plemniki, by były zdolne do zapłodnienia. Zabrało im to kilkanaście lat.
A kiedy wszystko szło dobrze, nagle urwało się źródło finansowania badań - z uwagi na etyczne kontrowersje wokół in vitro brytyjskie władze wstrzymały dotację. Uczeni zdołali zdobyć prywatnego sponsora.
25 lipca 1978 r. nadeszła elektryzująca wiadomość - narodziło się pierwsze dziecko z probówki - śliczna i zdrowa jak rydz Louise Brown. Jej przyjście na świat zachwyciło jednych, innych napawało jednak lękiem i niechęcią.
Kościół katolicki ostro potępił in vitro. Nie zmienił zresztą w tej kwestii zdania do dziś.
Edwards od początku zdawał sobie sprawę, że metoda sztucznego zapłodnienia stawia przed nami etyczne dylematy i że trzeba je dokładnie rozważyć, by następnie podejmować jak najbardziej wyważone decyzje. Zadbał, by w tworzonej przez niego i Steptoe'a pierwszej na świecie klinice leczącej niepłodność za pomocą in vitro powstał komitet etyczny.
Wkrótce urodziło się drugie i trzecie dziecko poczęte w laboratorium. W 1983 r. odnotowano już 136 takich narodzin, trzy lata później ich liczba przekroczyła tysiąc.
Dziś po ulicach Tokio, Paryża, Nowego Jorku czy Warszawy chodzi ponad 4 mln dzieci z probówki. Są zupełnie zdrowe, rozwijają się równie dobrze jak ich poczęci w sposób konwencjonalny rówieśnicy.
In vitro od czasów Louise Brown zmieniło się - lepsze hormony, mniej inwazyjna technika pobierania jajeczek, nowe metody leczenia także męskiej niepłodności - ale najważniejszą, fundamentalną pracę wykonali Edwards i Steptoe.
Można trochę żałować, że Edwards doczekał się Nagrody Nobla dopiero po 32 latach (Steptoe zmarł w 1988 r.). Gdyby Komitet Noblowski był bardziej rychliwy, laureat nie mógłby jednak pochwalić się aż takim wynikiem. Cztery miliony dzieci - to jest coś.
Skąd się wziąl Edwards i in vitro Wszystko zawdzięczamy 85-letniemu brytyjskiemu naukowcowi prof. Robertowi Edwardsowi. Jego dokonanie to ponad cztery miliony dzieci urodzonych dzięki metodzie in vitro - komentuje na gorąco prof. Waldemar Kuczyński z Akademii Medycznej w Białymstoku. - To cztery miliony par, z których pleców zdjęto krzyż.
Dzieci cieszą się dobrym zdrowiem. Niektóre z nich doczekały się własnego, poczętego w sposób naturalny potomstwa.
Jak podaje w uzasadnieniu przyznania nagrody Komitet Noblowski, "niepłodność to poważne obciążenie, powód depresji, społecznej izolacji i niższej jakości życia". Dotyka ono ponad 10 proc. par na świecie. Dla wielu z nich to klęska, z której nie potrafią się podnieść.
Przez dziurkę od klucza Robert Edwards nie jest lekarzem, lecz biologiem. Początkowo prowadzi badania na myszach, zajmuje się m.in. poliploidią (zwielokrotnieniem całego materiału genetycznego) u tych gryzoni. Koniec lat 50. i początek 60. to jednak czas ważnych eksperymentów na zarodkach ssaków, w których ważny udział bierze także polski embriolog - prof. Andrzej K. Tarkowski. O ile jednak główny nurt badań dotyczy zwierząt, Edwardsa już wówczas kusi zajęcie się zarodkami człowieka. Ma swoją wielką wizję - zapłodnienie in vitro może jego zdaniem okazać się skuteczne w leczeniu niepłodności.
60 lat temu niepłodnym parom medycyna nie ma właściwie nic do zaproponowania. Tymczasem skoro możliwe jest zapłodnienie poza organizmem królika, a potem uzyskanie z takiego zarodka zdrowego zwierzaka, być może podobna sztuka udałaby się u człowieka?
Edwards postanawia za wszelką cenę to sprawdzić. Przeszkody są jednak olbrzymie. Skąd wziąć dojrzałe ludzkie komórki jajowe, które dałyby się zapłodnić w laboratorium? W jakich warunkach je hodować? Jak postępować z nasieniem? Dawniej wydawało się, że po to, by plemniki nadawały się w ogóle do zapłodnienia, muszą jakiś czas przebywać w drogach rodnych samicy (sądzono tak na podstawie badań na królikach). Edwards udowadnia, że wystarczy, jeśli potrzyma się je przez kilka godzin w odpowiednich roztworach w laboratorium (najpierw taką aktywację plemników udaje się mu wykazać u chomika, następnie u człowieka).
Kolejna przeszkoda. Po operacyjnym pobraniu ludzkiej komórki jajowej i udanym zapłodnieniu zarodek szczęśliwie rozwija się, ale tylko do stadium dwóch komórek, a następnie umiera. Coś z nim jest nie tak, ale co? Z pomocą przychodzą wyniki prac na myszach pokazujące, że proces dojrzewania oocytów (komórek jajowych) można kontrolować hormonalnie. I znów wraca problem - skąd brać odpowiednią liczbę dojrzałych oocytów do badań.