http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielki powrót Wojciecha Hasa

Tadeusz Sobolewski
2010-09-30, ostatnia aktualizacja 2010-09-29 19:50

W niedzielę minie 10. rocznica śmierci reżysera "Rękopisu znalezionego w Saragossie" i "Sanatorium Pod Klepsydrą". Żeby pojąć jego filmy, nie musimy znać Polski - mówią Amerykanie, Włosi, Rosjanie

Wojciech Jerzy Has - uroczystości z okazji 75-lecia urodzin reżysera
Fot. / Agencja Gazeta
Wojciech Jerzy Has - uroczystości z okazji 75-lecia urodzin reżysera
To był rok Hasa. Latem podczas festiwalu Era Nowe Horyzonty odbyła się tłumnie odwiedzana retrospektywa jego 14 fabuł i krótkich metraży. Premierę miało kilka książek: album wrocławskiej wystawy, wspomnienia żony Jadwigi (pojawiającej się w filmach Hasa m.in. jako panna Moro w "Rękopisie..."). A przede wszystkim - erudycyjna, wnikliwa monografia Marcina Marona "Dramat czasu i wyobraźni". W styczniu powróci na ekrany oraz na płytach DVD i blue-ray odnowiona wersja "Rękopisu znalezionego w Saragossie".



Samotna walka

Nie miał za sobą żadnych protektorów. Nie był związany z żadną organizacją ani ideologią. Syn restauratorów z Hotelu Polskiego w Krakowie powoli wybijał na niezależność. Kiedy oglądam prolog "Lalki", scenę, gdy młody Wokulski, subiekt o wielkich zdolnościach, przy śmiechu klientów "wydobywa się" z piwnicy, czuję, że Has zmitologizował tam swoje własne doświadczenie.

Żył otoczony książkami. Adaptował na ekran Hłaskę, Dygata, Uniłowskiego, Brandysa, Kijowskiego, Potockiego, Prusa, Schulza, Czechowa, Terleckiego, Tristana. Wśród pomysłów niezrealizowanych było m.in.: "Wesele" i "Pan Tadeusz", "Czerwone tarcze" Iwaszkiewicza, do których budowano już dekoracje, "Podróż do źródeł czasu" Carpentiera, "Cierpienia młodego Wertera" Goethego, wreszcie "Osioł grający na lirze", film o rozpadzie świata, w którym mieli rozmawiać ze sobą filozofowie różnych epok, i gdzie Orson Welles miał zagrać złośliwego staruszka Pana Boga.

Proust uważał, że czytając książkę, jesteśmy "czytelnikami samych siebie". Tak właśnie Has traktował literaturę. Swoje adaptacje nasycał własną osobowością. Jego pierwszym samodzielnym filmem była średniometrażowa "Harmonia" z 1947 r., w której znać już styl i charakter reżysera "Sanatorium Pod Klepsydrą". Na wystawie wrocławskiej zaprezentowano kopię listu szefa zespołu Kamera Jerzego Bossaka z 1965 r. Już wtedy Has walczył o realizację filmu według Schulza, który powstał osiem lat później. Szanse są niewielkie - uprzedzał Hasa życzliwy mu Bossak - "ale ty bijesz głową w mur, a potem dziwisz się, że mur jest twardy, a głowa miękka (...). Sam zdecyduj, co wolisz - zachować dziewictwo, czy też znaleźć bogatego męża. To nie idzie w parze..." .

Syn Hasa z pierwszego małżeństwa, Marek, łudząco podobny do ojca, od 1968 r. mieszkający w Szwecji, opowiadał mi o swoich telefonicznych rozmowach z ojcem na początku lat 70. "Ja walczę! - krzyczał Has w słuchawkę. - Nikt mnie nie zmusi, żebym robił nie to, co chcę!" .

Emigracja syna, zakochanego w Szwedce, utrudniała sytuację reżysera. Byli w konflikcie, który z czasem przerodził się w przyjaźń. Apodyktyczny Has chciał kierować życiem syna, którego stracił z oczu wkrótce po jego urodzeniu - spotkał go powtórnie jako 18-latka na premierze "Lalki". "Był niełatwy we współżyciu - opowiada Marek Has. - Kiedy pisał swoje scenopisy, zamykał się w sobie jak muszla".

Każdy film jak osobny świat

Jeden z jego studentów, reżyser Łukasz Barczyk, wspomina, jak Has na zajęciach w łódzkiej szkole filmowej czytał na głos wywiad pewnego reżysera: "Mając 19 lat, postanowiłem zostać artystą...". Has komentował ironicznie: "Jak można coś takiego po-sta-no-wić?". Przypominał artystów moderny. Żył dla sztuki. Ale w wywiadach wypowiadał się jak skromny rzemieślnik. Żona Jadwiga - jedna z kilku jego żon - wspomina, że najlepsze lata spędzili w wytwórni wrocławskiej, gnieżdżąc się w pokoju nr 45. Prawdziwym domem Hasa było studio filmowe. Jego wizja szczęścia: co roku móc robić film. I łowić ryby w Dunajcu, na muchę.

Pokazałem jego filmy dwóm zagranicznym znajomym: włoskiemu krytykowi i rosyjskiemu reżyserowi. Nic nie wiedzieli o Hasie, a ja nie uprzedzałem, że zachwycali się nim Bunuel i Scorsese. Filmy przemówiły same. "To takie niepolskie kino! Każdy film jak osobny świat. Żeby w niego wejść, nie trzeba znać Polski".

"Polska jest mała" - mówi młody Władysław Kowalski w "Złocie" - wyjątkowym w twórczości Hasa współczesnym "westernie" o ludziach poszukujących szczęścia przy budowie kopalni odkrywkowej w Turoszowie, zaludnionej indywiduami niemieszczącymi się w żadnych schematach: brygadzista na koparce deklamuje po francusku Villona, chłoporobotnik czyta Londona o gorączce złota, barmanka wysłuchuje zwierzeń klientów ("nie lubię tragicznych..."). Postacie straceńców z innych filmów Hasa spotykają się na krańcu ciasnej Polski, jakby szukając ostatniej szansy.

Kiedy miłość zostaje zdradzona, cały świat ulega rozpadowi - tak opowiedział Has historię Wokulskiego. Słowa prezesowej Zasławskiej - "jest wiele zbrodni na świecie, ale największą zbrodnią jest zabić miłość" - brzmią mi w uszach jak motto jego twórczości. Polska - "ten ciężki, trudny kraj, gdzie tyle trzeba pracować i tyle trzeba mieć nadziei" - jest u Hasa miejscem zamordowanej lub oszukanej miłości. W "Jak być kochaną" i "Szyfrach" wojna toczy się "w sublokatorskich mieszkaniach z używalnością kuchni, z udziałem kobiet i dzieci, krzyżując się z miłością". Nic bardziej gorzkiego i prawdziwego nie powiedziano o naszych losach w polskim kinie. Nic bardziej rozpaczliwego - niż słynne ujęcie z "Lalki", gdy kamera towarzyszy Wokulskiemu i Ochockiemu w spacerze między rudery Powiśla, gdzie na stertach śmieci siedzą żebracy - symbol zniszczonych nadziei, zaprzepaszczonych planów.

Opowiadać - znaczy: żyć

Gdzie przebiega granica między nami i światem? Gdzie się kończy nasze ja? Jesteśmy w pułapce losu, ale też sami wywołujemy swój los. Odgrywamy go, jak Kuba z "Pętli" w barze Pod Orłem. Pił z powodu miłosnej klęski? Czy też na odwrót: dziewczyna odeszła dlatego, że pił? W życiu niewiele da się wyjaśnić. Ale można przenieść swoją sytuację w inny wymiar, przetworzyć w opowieść. Hasowi udało się tak spleść tkankę filmów, żeby odwzorowywała strukturę naszego poznania, naszych błędów, uwikłań, klęsk, obijania się o ściany ograniczonego umysłu, gdzie nie wiadomo, co jest rzeczywistością, a co lustrem naszych własnych przeżyć.

Jednak nawet z najczarniejszych filmów Hasa emanuje radość samego opowiadania. Bo opowiadać - znaczy: żyć. Jego bohaterowie są artystami jak on sam. Widz również zostaje postawiony w roli artysty. To pesymistyczne kino nie jest bynajmniej skargą na świat. Has ujmuje rzeczywistość w ramę, uczy dystansu, spojrzenia na życie jak przez okno. Możemy się przypatrzyć, jak los naigrywa się z człowieka. Nawet sen i marzenie nie są ucieczką. "Cofnięty czas" w "Sanatorium Pod Klepsydrą" okazuje się blagą. Józef, syn Jakuba, spotyka swego ojca, który faktycznie umarł. Jego sklep kwitnie, jakby nigdy nic, za chwilę okazuje się piwniczną norą, a potem, jak na cofniętym filmie, zmarły ojciec znów siedzi w restauracji otoczony fordanserkami.

Obiad na stole!

Podobne metamorfozy zachodzą w "Rękopisie...": grota Gomelezów, przedsionek innej rzeczywistości, staje się klitką ze szczurami, a za kolejnym powrotem znów kusi perspektywą wieczności, która w końcu okazuje się lustrem. Rozpad cechuje zarówno rzeczywistość, jak i sferę wyobraźni i pamięci. W tej sytuacji warto przyjąć iluzję za dobrą monetę, nadać status ulotnego bytu czemuś, co nie jest "ani rzeczywistością, ani snem". Filmy Hasa byłyby więc metafizycznym dowcipem? Artysta staje po stronie ginącego życia. Jak podwórkowy żongler każe latać w powietrzu przedmiotom wbrew ziemskiemu ciążeniu.

W zakończeniu "Rękopisu..." Alfons van Worden, po wysłuchaniu wielopiętrowych opowieści, przekonuje się, że jego własne życie też jest cudowną opowieścią. Rzuca w kąt księgę, w której miał dopisać przygody swego życia, jakby oddawał ją nam, widzom. Może pojął, że jego własne życie jest księgą? A podróż przez Sierra Morena - podróżą przez życie? Alfons staje się w tym momencie - jak pisze Maron - człowiekiem ironicznym, który widzi siebie samego z zewnątrz i z góry.

Naraz słychać głos: obiad na stole! Ten refren powraca w wielu filmach Hasa, jak uśmiech pesymisty. Kiedy wszystko zawiedzie, życie i los, zostaje jeszcze możliwość zjedzenia obiadu. Gdy opętany Paszeko, ścigany przez upiory z szubienicy, wpada do Venta Quemada i chce opowiedzieć gospodarzowi, co się stało, słyszy: "Kolację żona zostawiła na piecu" - zdanie z innego porządku, z innej rzeczywistości, jakby echo dzieciństwa dobiegające z rodzinnego domu.

Zawsze, kiedy oglądam tę scenę, przypomina mi się moje jedyne spotkanie z Hasem. Usiłowałem od niego wydobyć artystyczną tajemnicę, doświadczenia młodości. Ale on powiedział: "Znam taką dobrą włoską restaurację". Jedliśmy makaron, Has wyglądał na zadowolonego i swoim zwyczajem nie mówił prawie nic.

Dziś już wiadomo, że zwyciężył w swojej grze z czasem. Jego filmy oddziałują spoza czasu historycznego, spoza ustroju, spoza PRL. Has, kiedyś spychany do bocznego nurtu, dziś jest w mainstreamie naszego kina. Trzeba jego filmy wyciągnąć z lamusa i wydać wszystkie, odświeżone. Już rok temu "Has integrale" ukazał się na DVD w Paryżu, co prawda w słabej technicznie wersji.

Marcel Proust pięknie porównał czytanie książek do "milczącej przyjaźni". Filmy Hasa czyta się jak książki. Ten reżyser zawarł z widzem pakt przyjaźni, który wciąż działa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':