http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chopin za żaluzjami

Katarzyna Surmiak-Domańska
2010-10-04, ostatnia aktualizacja 2010-10-04 10:45

Już byłem na estradzie, gdy na widownię wszedł spóźniony Ivo. Ludzie zerwali się z miejsc, żeby go powitać, widownia zamieniła się w coś w rodzaju bazaru. A ja grałem

Krystian Zimerman
Fot. Marcin Stępien / AG
Krystian Zimerman
W kwietniu 1926 roku w tygodniku "Świat", pod wielkim zdjęciem Violet Gibson, która właśnie dokonała nieudanego zamachu na Benita Mussoliniego, ukazał się niewielki artykuł pisarza Juliusza Kadena-Bandrowskiego: "W związku z projektem odsłonięcia pomnika Szopena w Warszawie w jesieni Wyższa Szkoła Muzyczna wyłoniła komitet mający na celu zorganizowanie konkursu dla pianistów w zakresie repertuaru szopenowskiego".

Inicjatorem konkursu był pianista i pedagog Jerzy Żurawlew. Chciał wyplenić ckliwo-kawiarnianą manierę, w jakiej grzęzło granie Chopina na salonach i w salonikach. Żądał szacunku dla kompozytora, dla jego intencji. Konkurs miał być miejscem, gdzie wykuwają się wzorce wykonania jego utworów. W pierwszym jury zasiedli

sami Polacy. "Całkiem słusznie - pisał Kaden-Bandrowski. - My jedynie możemy ustalać właściwą miarę wykonania Chopina".

O co chodzi z tą właściwą miarą? Jak odgadnąć intencje Chopina, skoro nie można usłyszeć jego gry? Muzykolog Stanisław Dybowski uważa, że to proste: - Chopin pozostawił precyzyjne instrukcje. Poprawiał swoje nuty setki razy, łamał ołówki, wyrzucał do kosza. W przeciwieństwie np. do Bacha, który zapisywał gołe nuty, on w każdym takcie stawiał bądź kropki przedłużające dźwięki, bądź precyzyjne łuki - oznaczające, które nuty mają być grane razem, a która już oddzielnie, szczegółowo określał pedalizację, dynamikę - gdzie ciszej, gdzie nieco głośniej. Chopin wymaga od pianisty bycia sługą, pasem transmisyjnym.

Janusz Olejniczak, pianista, dodaje: - Wbrew pozorom margines, który Chopin pozostawił pianiście, jest bardzo bogaty. Na wiele sposobów można wydobyć ritenuto czy accelerando, crescendo czy diminuendo. A o intencjach Chopin mówił wiele w swoich listach. Wiemy, że nie cierpiał egzaltacji, patosu, jeżeli wyrażał gniew, to był to gniew raczej od wewnątrz, podszyty lekkim smutkiem, melancholią. Cenił umiar i dobry gust.

- To konkurs dla Chopina. Nie dla wirtuozów, którzy popisują się techniką - podkreśla profesor Andrzej Jasiński, juror. - Nie może zwyciężyć ktoś, kto nie szanuje jego zapisu. Czasem ktoś się oburza, że odrzuciliśmy pianistę, który tak się podobał publiczności. Pytam wtedy: - A czy pan zna tekst?

Bolszewicy górą

Ku rozczarowaniu melomanów patriotów triumfatorami trzech pierwszych edycji nie okazali się Polacy, ale przedstawicie, wcale wówczas w Polsce niepoważanego, Związku Radzieckiego.

"Pianiści bolszewiccy byli pierwszy raz na Zachodzie i nie mogli się nacieszyć Warszawą. Zjawili się odziani z proletariacka. Nieuczesane głowy, rozłażące się kołnierzyki, wygniecione bluzy - dawał upust rozgoryczeniu przy pierwszej edycji Kaden-Bandrowski, który w następnym roku sam zasiądzie w jury. - Wykonanie Chopina wyszło jednak na tem doskonale. Cóż więc robić?".

Pierwszy konkurs trwał zaledwie tydzień, odbył się w styczniu 1927 roku. Wystąpiło 26 pianistów, w tym 16 Polaków. Zwycięzcą był Lew Oborin, który, jak zauważył Bandrowski: "pierwszy raz wystąpił w grubych trzewikach, niekształtnej kapocie i wyślizganym krawacie. Na kolejnym popisie miał już na sobie wszystko nowe. Lakierki, jedwabną chusteczkę w kieszonce nowego garnituru, śliczne skarpetki. Obsprawił się". Honor gospodarzy uratowali Stanisław Szpinalski i Róża Etkin, zdobywając II i III nagrodę. Dopiero siódmym dyplomem uznania odznaczono Rosjanina polskiego pochodzenia Dymitra Szostakowicza, który wtedy jeszcze nie mógł zdecydować się, czy wybrać karierę pianistyczną, czy kompozytorską.

W 1937 roku juror Kaden-Bandrowski martwił się, że na 60 uczestników aż połowa to kobiety: "Brak warunków technicznych (fortepian wymaga wielkiej siły i niemałej wytrzymałości nerwowej), swoisty zakres środków artystycznych grozi konkursowym rozgrywkom szarzyzną - ubolewał na łamach "Tygodnika Ilustrowanego".

Szarzyzny nie było, był nawet pierwszy skandal. Wśród pianistek znalazła się po raz pierwszy Japonka, Chieko Hara, która wyszła na scenę w kimonie. Kiedy jury nie dopuściło jej do finału, publiczność wstała z krzeseł i zaczęła skandować: "Jury do kitu!".

Skazani na granie

Najbardziej oryginalny był konkurs z 1949 roku, i wcale nie dlatego, że odbywał się nie w Filharmonii, ale w budynku Romy przy Nowogrodzkiej, gdzie zachowała się po wojnie jedyna sala koncertowa. Najciekawsze było to, że jurorzy nie wiedzieli, na kogo głosują.

"Przed wojną kandydaci grali na oczach jury. Doprowadzało to do gorszących faktów zbyt wysokiego punktowania własnych uczniów i celowo nisko cudzych" - pisał w "Przekroju" Jerzy Waldorff, który przejął po poległym w powstaniu Bandrowskim funkcję komentatora konkursów.

Teraz wszystko miało być inaczej.

IV konkurs ma szczególne znaczenie propagandowe. Przede wszystkim to pierwszy konkurs w Polsce Ludowej, poza tym to okrągła, setna rocznica śmierci Chopina. Pieniędzy nie żałowano.

Przyjeżdża 54 pianistów z 14 krajów. Polska ekipa zostaje objęta szczególnym staraniem państwa. Wyłonieni w eliminacjach kandydaci otrzymują stypendium rządowe i wyjeżdżają na przygotowawczy obóz kondycyjny.

Jury, reprezentujące również 14 krajów, mieszka w hotelu Bristol, skąd jest dowożone do Romy autokarem. Z chwilą gdy jurorzy wchodzą do osłoniętej żaluzjami loży, drzwi zamykają się do końca przesłuchań. Nie wiedzą, kto gra, zapisują tylko przy ocenie numer. Tych numerów nie znają nawet sami grający. Każdy z nich przed konkursem wylosował go w zaklejonej kopercie i oddał komisarzowi konkursu. Uczestnicy trzymani są w oddalonym od Bristolu hotelu Polonia. Każdy ma w pokoju fortepian lub pianino.

Dalej jest jeszcze dziwniej i z coraz większym dreszczykiem. Procedura doprowadzania uczestnika na występ przypomina procedurę stosowaną w więzieniach, gdzie wykonuje się karę śmierci.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':