"Obserwując upartyjnienie wielu dziedzin życia publicznego w Polsce, wyrażamy obawę, że objąć ono może również w coraz większym stopniu wymiar sprawiedliwości, w tym także
Trybunał Konstytucyjny. Zaszczytne i odpowiedzialne stanowisko strażników Konstytucji zajmowane być powinno przez ludzi o najwyższych kwalifikacjach merytorycznych i etycznych. Oceny owych kwalifikacji w sposób najbardziej kompetentny dokonać mogą środowiska, z których wywodzą się potencjalni kandydaci, te, które obserwowały przez lata ich rozwój naukowy, karierę zawodową i walory osobowościowe" - tak zaczyna się apel do marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny. Uchwaliła go w sobotę Konferencja Dziekanów Uniwersyteckich Wydziałów Prawa.
Dalej dziekani apelują o: ¨określenie przez komisję sejmową szczegółowych kryteriów, jakie musi spełnić kandydat; ¨ogłoszenie kandydatur w czasie umożliwiającym społeczną konsultację; ¨zasięgnięcie opinii środowiska prawniczego, z którego kandydat się wywodzi; ¨publiczne przesłuchania kandydatów na otwartych posiedzeniach komisji sejmowej.
To już drugi taki apel. Pierwszy, autorstwa prezydium Komitetu Nauk Prawnych PAN, od czerwca nie może doczekać się reakcji marszałków Sejmu - najpierw Bronisława Komorowskiego, a teraz Schetyny.
W demokratycznym państwie prawa nad władzą jest konstytucja, a Trybunał stoi na jej straży. To banał, który przy uroczystych okazjach politycy chętnie powtarzają - ostatnio prezydent Komorowski podczas Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK. W praktyce trzymają się jednak stalinowskiej zasady, że kadry decydują o wszystkim.
Politycy bowiem cenią sobie swobodę w doborze kandydatów do Trybunału. I nie lubią, gdy zaglądać im za kulisy. Kandydatury - może je zgłosić grupa 50 posłów lub Prezydium Sejmu - ujawniają w ostatniej chwili. Nierzadko są to osoby zupełnie nieznane opinii publicznej, ale nie ma już czasu na zbadanie ich kompetencji, poglądów, biografii.
Bywają więc takie kwiatki jak kandydat, któremu od kilku lat prokuratura usiłowała postawić zarzut, ale nie mogła, bo zasłaniał się zwolnieniami lekarskimi (immunitet sędziego byłby jak znalazł). Inny kandydat był czynnym alkoholikiem. Kolejny wprawdzie habilitował się na wydziale prawa, ale specjalizował się w historii doktryn politycznych. Nie dostali się do Trybunału, bo w ostatniej chwili media ujawniły te fakty.
Dostała się za to osoba, którą chwilę wcześniej sąd pozbawił prawa wykonywania zawodu syndyka z powodu braku kwalifikacji etycznych (pod naciskiem opinii publicznej z sędziowania zrezygnowała). Ostatni nietrafiony kandydat to samorządowiec PO, były parlamentarzysta, który bezzasadnie powoływał się na poparcie byłych prezesów Trybunału, a doświadczenie prawnicze miał wątpliwe. Platforma wycofała go tuż przed głosowaniem, ale znowu - pod naciskiem. Do dziś zresztą niektórzy politycy PO uważają, że niepotrzebnie.
Kandydaci, których atutem są znajomości wśród polityków, a nie najwyższe kompetencje potwierdzone pozycją w polskim i międzynarodowym świecie prawniczym, nie dają rękojmi niezawisłości i nie gwarantują odpowiedniego poziomu orzecznictwa. Coraz częstsze są wyroki czy postanowienia Trybunału, które trudno zrozumieć i zastosować. Jedno z takich postanowień skrytykował niedawno prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego Roman Hauser - i to na Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów TK. Rzecz bez precedensu, świadcząca o tym, że w świecie prawniczym autorytet Trybunału maleje.
Coraz częściej też niektóre delikatne sprawy wpadają tam jak kamień w wodę - choćby skarga na państwowo-kościelną Komisję Majątkową.
Obecne prawo nie zapewnia odpowiedniego poziomu kandydatów. Kryterium "wyróżniania się wiedzą prawniczą" i nieskazitelności charakteru w świetle niektórych kandydatur budzi pusty śmiech. A przynajmniej dziesięć lat pracy w zawodzie prawniczym to żadna gwarancja kwalifikacji. Dlatego tak ważne jest, by zerwać z tradycją wyborów pod stołem.
W tej kadencji Sejmu wymienione zostanie dwie trzecie składu Trybunału. To, czy będzie on realnie kontrolował władzę, zależy od tych wyborów. A zwyczajowo decyduje partia rządząca.
Teraz po raz pierwszy środowiska prawnicze domagają się konsultacji. Reakcja marszałka Sejmu i polityków na to wezwanie pokaże, co dla nich ważniejsze - dobro wspólne czy partyjne.