Na kilka miesięcy przed zniesieniem ochrony swego rynku pracy
Niemcy zacierają ręce. Ich gospodarka się rozpędza, społeczeństwo starzeje - potrzebują rąk do pracy. O tym, jak wielka to potrzeba, niech świadczy niedawny pomysł ministra gospodarki Niemiec Reinera Brüderlego, by pożądanym zagranicznym pracownikom wypłacać premię powitalną.
Niemiecki instytut rynku pracy IAB prognozuje, że w przyszłym roku liczba bezrobotnych za Odrą spadnie poniżej psychologicznego poziomu 3 mln i będzie on najlepszy od niemal 20 lat.
Według danych
GUS z zeszłego tygodnia w 2009 r. w Niemczech pracowało 415 tys. Polaków. Zdaniem Kamila Rakoczego z zespołu doradców strategicznych premiera drugie tyle wyjedzie ich po 1 maja 2011 r. Fala emigracyjna z Polski będzie więc słabsza niż po 2004 r. - wówczas za pracą i płacą wyjechało 2 mln osób. - Niestety, skutki dla naszej gospodarki będą gorsze niż wówczas - ostrzega prof. Krystyna Iglicka, demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych, od lat zajmująca się migracjami. - Dziś
bezrobocie jest znacznie niższe niż sześć lat temu, więc wyjeżdżać będą i ci, którzy mogą pracować w Polsce.
- W Niemczech już teraz brakuje 36 tys. inżynierów i 20 tys. informatyków. Brakuje też budowlańców, pielęgniarek, opiekunów osób starszych - wymienia Kamil Rakoczy.
Potwierdza to Jürgen Göcke z Federalnej Agencji Pracy. - Co miesiąc w skali kraju ubywa 1,2 tys. osób w wieku produkcyjnym. Średnia wieku naszych inżynierów to 50 lat. Nie mamy ich na kogo wymienić, bo młodych z wykształceniem technicznym brakuje. W hotelach i restauracjach mamy masę wolnych miejsc pracy. Coraz więcej Niemców przechodzi na emeryturę, trzeba się nimi kompleksowo zająć. Potrzebne są pielęgniarki i opiekunowie - mówił niedawno "Gazecie".
Problem w tym, że i my potrzebujemy informatyków, inżynierów, budowlańców.
Zdaniem Krystyny Iglickiej najpierw na dłużej w Niemczech będą zostawać ci, którzy teraz jeżdżą tam wykonywać prace sezonowe, znają rynek. I ściągną rodziny.
Polskie Ministerstwo Pracy jest przekonane, że złych skutków otwarcia niemieckiego rynku pracy nie będzie. Między innymi dlatego, że nasza gospodarka rozwija się w przyzwoitym tempie, rośnie zatrudnienie i płace, bezrobocie spada. "W przyszłym roku nie powstaną ekonomiczne przesłanki ani do nasilenia fali migracji, ani znaczącego powrotu z emigracji. Prawdopodobnie nie dojdzie do szczególnego nasilenia wyjazdów osób z wysokimi kwalifikacjami zawodowymi" - czytamy w materiale resortu przesłanym "Gazecie".
Ale Niemcy ostro zabiegają o młodych imigrantów. - Niemcy sami przyznają, że niepotrzebnie zbudowali wizerunek twierdzy, chroniąc rynek pracy - mówi Katarzyna Soszka z Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Już dziś w finansowanym ze środków unijnych programie dla Turyngii czeka 50 miejsc. - Idealni są kandydaci w wieku 16-20 lat. Zapewniamy im naukę w szkołach zawodowych - po niemiecku - i płatną praktykę. W przyszłości miejsc w naszym programie będzie o wiele więcej - wyjaśnia "Gazecie" Anne Herrmann, koordynator programu Transnational-Dual.
- Musimy robić to samo - mówią eksperci. - Zwiększać liczbę studentów na kierunkach technicznych, pamiętając, że część absolwentów na pewno wyjedzie - przekonuje Kamil Rakoczy.
Prof. Iglicka zaznacza, że łatwa emigracja do naszego sąsiada może nie odbije się nam czkawką natychmiast, ale z pewnością w dłuższej perspektywie. Bo nasze społeczeństwo też się starzeje.
- Nie obędzie się bez szerokiego otwarcia naszego rynku pracy dla Ukraińców, Białorusinów, ale też Turków czy Chińczyków - kwituje Krystyna Iglicka.