Ofiary włoskich księży postanowiły zawiązać pierwszą silną grupę nacisku we Włoszech (na wzór
USA czy Irlandii), by przymusić biskupów do ujawnienia pełnej prawdy o skandalach i do bardziej zdecydowanych działań na rzecz oczyszczenia swych diecezji.
W sobotę na swym pierwszym zjeździe w Weronie dorosłe już ofiary zwołały na 31 października międzynarodową demonstrację skrzywdzonych przez
Kościół, ich rodzin oraz przyjaciół, która będzie domagać się sprawiedliwości na placu św. Piotra.
- Nie damy rady bez wsparcia grup katolickich z zagranicy. We Włoszech przestępstwa pedofilii przedawniają się po 10 latach, a hierarchia kościelna jest niechętna bądź powolna w badaniu prawdy. Stąd pomysł międzynarodowego protestu u bram Watykanu - tłumaczy Salvatore Domolo, były ksiądz i jednocześnie ofiara księżowskiego molestowania.
Włoskie gazety ujawniły w ostatnich latach skandale pedofilskie dotyczące około 80 księży, a episkopat przyznał się do wszczęcia postępowań kanonicznych w sprawie około stu skarg z ostatniej dekady. Jednak brak silnych organizacji pozarządowych pomagających ofiarom oraz silna pozycja Kościoła sprawiły, że reakcja włoskich biskupów i polityków różni się od sytuacji w Niemczech, Belgii czy Holandii.
Nie ma mowy o niezależnych komisjach przyjmujących skargi, rozsiane po całym kraju ofiary wciąż boją się ujawnienia swych nazwisk, a tematyka molestowania w Kościele rzadko jest podejmowana przez telewizje niechętne łamaniu tabu, które chroni Kościół. - U nas nie ma wielkich afer pedofilskich.
Włochy są inne! - można nadal usłyszeć od polityków w Rzymie.
Na pierwsze spotkanie ofiar księży nie przypadkiem wybrano Weronę, bo to w tamtejszej szkole dla głuchoniemych Istituto Antonio Provolo księża od lat 50. do 1984 r. skrzywdzili kilkadziesięcioro dziewcząt i chłopców. Do molestowania dochodziło nawet w konfesjonałach i pod ołtarzem kościoła Matki Boskiej Płaczącej w Weronie.
Ofiary księży z Werony zdobyły się na odwagę dopiero w 2007 r. i opowiedziały o swych krzywdach dostojnikom kościelnym, lecz zarówno przełożony księży, jak i miejscowy biskup uchylali się od odpowiedzialności. Dopiero gdy sprawę opisał w 2009 r. tygodnik "L'Espresso", Kościół przystąpił do bardziej rzetelnego zbadania skarg.