Rodzinny sklep Tart Lumber Company w Sterling, 50 km na zachód od Waszyngtonu, ma w ofercie m.in. drewniane blaty kuchenne. Ale wczoraj na kilka godzin stał się najważniejszym miejscem na politycznej mapie
USA.
Zjechały tam tuzy Partii Republikańskiej, żeby ogłosić swój manifest programowy i w ten sposób pokazać, że są blisko zwykłych ludzi borykających się z kryzysem gospodarczym. I raz jeszcze odwołać się do mitu, który zawsze był fundamentem Ameryki, ale w dobie kryzysu został poważnie zachwiany - mitu o drobnym przedsiębiorcy, który ciężką i uczciwą pracą dochodzi do pomyślności i dobrobytu.
"Władze pozostawione bez kontroli, posłuszny im parlament i mieszające się do wszystkiego sądownictwo - to wszystko przyczyniło się do zduszenia wolnej woli zwykłych ludzi" - tak w republikańskiej "Obietnicy dla Ameryki", manifeście ogłoszonym właśnie w Sterling, definiowane są dwa lata prezydentury Obamy.
Republikanie mają nadzieję, że w listopadowym głosowaniu, w którym Amerykanie wybierają całą Izbę Reprezentantów oraz jedną trzecią senatorów i część gubernatorów, zyskają większość w obu Izbach Kongresu. Ich "Obietnica dla Ameryki" odwołuje się do tradycyjnych republikańskich postulatów zmniejszania podatków i ograniczania roli państwa, ale jeśli trzeba by streścić ją w jednym zdaniu, to brzmiałoby ona tak: "Wszystko, co robi prezydent
Barack Obama, jest złe, ale my, jeśli tylko dacie nam większość w Kongresie, to naprawimy".
Zły jest więc pakiet stymulacyjny, czyli 800 mld dolarów, które dwa lata temu Obama wydał na ratowanie wielkich banków i koncernów tonących w długach.
Republikanie uważają, że takie szafowanie pieniędzmi podatników jest nieuczciwe, bo firmy same powinny odpowiadać za swoją niegospodarność. Dlatego proponują, by dotacje, których jeszcze z pakietu stymulacyjnego nie rozdysponowano, natychmiast anulować.
A zamiast pakietu Obamy Republikanie oferują własny: ulgi podatkowe dla drobnych przedsiębiorców do 20 proc. ich rocznych przychodów, co miałoby kosztować
budżet państwa "zaledwie" 50 mld dolarów przez najbliższe dziesięć lat.
Zła jest przeforsowana przez Obamę reforma służby zdrowia, która ma doprowadzić do tego, że więcej Amerykanów będzie miało ubezpieczenia (obecnie nie ma ich 50 mln ludzi, czyli co szósty obywatel USA). Państwo nie może wprowadzać dyktatu w służbie zdrowia i reformę trzeba anulować - uważają Republikanie.
Zła jest kontrola państwa nad dwoma potentatami rynku kredytów hipotecznych Fannie Mae i Freddie Mac, które dwa lata temu stanęły na krawędzi bankructwa i zostały przez Obamę upaństwowione. Obie firmy na wielką skalę skupowały od banków udzielone już kredyty hipoteczne, dając bankom gotówkę na kolejne kredyty. W ten sposób napędzały kredytową bańkę mydlaną, która z wielkim hukiem pękła w 2008 r.
Złe są wysokie podatki, szczególnie dla najbogatszych. Obama zaproponował kilka tygodni temu, że przedłuży ulgi podatkowe z czasów George'a Busha dla wszystkich z wyjątkiem bogaczy, czyli osób zarabiających powyżej 200 tys. dolarów rocznie. Republikanie chcą ulg dla wszystkich bez wyjątku.
Ewentualne zwycięstwo Republikanów w listopadzie i zdobycie większości w Kongresie nie oznacza oczywiście, że wszystkie decyzje Obamy zostaną obalone. Prezydent ma prawo weta i będzie mógł decyzje Kongresu podważać. Ale i tak komentatorzy mówili wczoraj, że "Obietnica dla Ameryki" to najważniejsza od lat deklaracja Republikanów.
Politycy Partii Demokratycznej komentowali zaś na gorąco, że "Obietnica..." to nic innego, jak obietnica powrotu do tych samych chybionych koncepcji ekonomicznych, które doprowadziły do największego od 70 lat kryzysu gospodarczego.
Partyjni stratedzy zdają sobie jednak sprawę, że taki kontratak to za mało, by uchronić Demokratów przed klęską w wyborach. Że w ogóle ekonomiczna debata z opozycją, w momencie kiedy rekordowe 44 mln Amerykanów żyje poniżej progu ubóstwa, ma małe szanse powodzenia.
Dlatego elity Demokratów zastanawiają się, czy w wielkiej kampanii telewizyjnej nie postraszyć Amerykanów republikańskim radykalizmem. Chodzi oczywiście o Tea Party, populistyczny ruch sprzeciwu wobec Obamy i ogólnie waszyngtońskich elit, który przez ostatnie dwa lata stał się potęgą w Partii Republikańskiej ku przerażeniu jej własnych elit. W partyjnych prawyborach kandydaci Tea Party w kilku kluczowych stanach przebojem zdobyli nominacje do listopadowych wyborów.
Problem Republikanów z Tea Party polega na tym, że forsowani przez nią kandydaci są często egzotyczni. Ostatnio bohaterką mediów stała się np. przebojowa Christine O'Donnell, która została republikańską kandydatką na senatora z Delaware, pokonując powszechnie szanowanego Mike'a Castle, byłego gubernatora tego stanu.
Już wcześniej wyciągnięto jej udział w publicznej kampanii przeciw masturbacji, ale teraz okazało się, że O'Donnell w młodości była... czarownicą. - Trochę bawiłam się w bycie czarownicą, ale nigdy nie uczestniczyłam w sabacie - mówi roześmiana O'Donnell w nagraniu telewizyjnym z lat 90., które tydzień temu pokazał w telewizji HBO znany komik Bill Maher. - Kiedyś poszliśmy do kina, a potem o północy urządziliśmy piknik pod satanistycznym ołtarzem. Było tam trochę krwi i tego typu spraw...
Maher wygrzebał z archiwów wiele innych ciekawych nagrań pani O'Donnell i chce je pokazywać do czasu, aż zgodzi się ona wystąpić w jego programie. Cios był dotkliwy - po jego kpinach O'Donnell w niedzielę w ostatniej chwili odwołała występy w dwóch wielkich telewizjach CBS i Fox, bo zapewne obawiała się pytań o czarownicę i satanizm.
Dla niej byłyby to pytania szczególnie bolesne, bo kilka lat temu była rzeczniczką grupy postulującej wprowadzenie zasad biblijnych w polityce.
Jak twierdzi "New York Times", Demokraci już tworzą bazę danych podobnych wystąpień kandydatów Tea Party. - Pokażemy ludziom, że oddanie władzy takim radykałom byłoby naprawdę niebezpieczne - mówi gazecie jeden ze strategów Demokratów.