Ustawa RICO ("Racketeer Influenced and Corrupt Organizations") służyła w
USA do walki z przestępczością zorganizowaną. Używano jej od lat 60. do walki z takimi organizacjami jak Hells Angels czy mafijny klan Genovese. W 1987 roku amerykańska prokuratura po raz pierwszy użyła jej do oskarżenia bankierów i finansistów. Widok powszechnie szanowanych prezesów i maklerów wyprowadzanych w kajdankach z gabinetów przy Wall Street był dla Amerykanów szokiem. Z dnia na dzień okazali się kolejną nowojorską organizacją przestępczą.
Chciwość Pod wpływem tych wydarzeń Oliver Stone zrealizował "Wall Street". I tak powstał Gordon Gekko - jedna z najwspanialszych kreacji Michaela Douglasa.
Stanley Weiser, który wspólnie z Oliverem Stone'em napisał scenariusz filmu, nie znał się wcześniej na giełdzie. Zanim zabrał się do pracy, zakopał się w archiwach prasowych wycinków na temat ludzi, którzy właśnie trafiali za kratki. Jeszcze rok wcześniej zapraszano ich jako ekspertów na posiedzenia komisji kongresowych, media traktowały ich jak autorytety, uczelnie zapraszały do wygłaszania wykładów. Weiser odkrył, że ich publiczne wystąpienia to gotowe kwestie do scenariusza, i włożył cytaty w usta Gordona Gekko.
Najsłynniejszy cytat z "Wall Street" to pochwała chciwości wygłoszona przez Gekko dokonującego wrogiego przejęcia pewnej firmy papierniczej: "Chciwość jest dobra, chciwość działa. Chciwość oczyszcza, chwyta istotę ducha ewolucji. Chciwość w każdej formie: chciwość życia, pieniędzy, miłości, wiedzy, stoi za rozwojem ludzkości. I chciwość, zapamiętajcie sobie, nie tylko ocali Teldar Paper, ale też inną niesprawną firmę nazywaną USA".
Brzmi to jak karykatura reaganowskiej ideologii wymyślona przez złośliwego lewicującego scenarzystę, ale w rzeczywistości to rozwinięcie przemówienia jednego z głównych oskarżonych, zatrzymanego jesienią 1986 roku Ivana Boesky'ego. Cztery miesiące wcześniej Boesky mówił studentom kończącym naukę na uniwersytecie Berkeley: "Myślę, że chciwość jest zdrowa. Można być chciwym i zadowolonym z tego, co się robi".
Boesky zadeklarował pełną chęć współpracy z prokuraturą dla skorzystania z ochrony, którą ustawa RICO przewiduje dla gangstera gotowego wsypać swoich wspólników. Tej nocy w niejednym biurze na Wall Street huczały niszczarki do dokumentów - szczególnie intensywnie w banku inwestycyjnym Drexel Burnham Lambert.
Prezes jego działu obligacji o wysokim oprocentowaniu (High Yield Securities Department) Michael Milken dostanie w tej aferze najwyższy wyrok, dziesięć lat więzienia. Jego macierzysty bank, by uniknąć uznania za organizację przestępczą, wyda prokuraturze obciążające go dokumenty.
Śmieci Boesky i Milken specjalizowali się w "przejęciach i połączeniach" ("merges and acquisitions"). Powieść "American Psycho" - złośliwy portret reaganowskiej Ameryki - spopularyzowała przekręcenie tego na "morderstwa i egzekucje" ("murders and executions"). Łączenie mniejszych firm w większe to naturalne zjawisko w kapitalizmie, ale za Reagana osiągnęło nienaturalne proporcje. W latach 80. liczba połączeń wzrosła niemal trzykrotnie (a ich sumaryczna wartość - ośmiokrotnie). Powstały kancelarie prawne i banki specjalizujące się wyłącznie w przejęciach, najlepiej wrogich, bo na takich się najlepiej zarabia. Nowy właściciel najczęściej traktował świeży nabytek jako wstęp do dalszej spekulacji.
Skąd się zaś w ogóle wzięły w amerykańskiej gospodarce dodatkowe miliardy na przejęcia i połączenia? Dlaczego ich fala popłynęła właśnie w latach 80.? Odpowiedź leży w nazwie departamentu, którym kierował Michael Milken: w obligacjach o wysokim oprocentowaniu, popularnie zwanych śmieciówkami.
Śmieciówki dla lat 80. zeszłego stulecia były tym, czym instrumenty pochodne od kredytów subprime są dla obecnego kryzysu - papierem wartościowym, który tak naprawdę jest bezwartościowy, ale póki krąży od spekulanta do spekulanta, ma swoją cenę i sztucznie można nim napompować portfel inwestycyjny.
Gordon Gekko tak naprawdę narodził się w roku 1980, gdy Kongres przyjął poprawkę liberalizującą działalność lokalnych kas mieszkaniowych. William Kleinknecht, autor książki o prezydenturze Reagana "The Man Who Sold The World", pisze, że poprawka przeszła w ciągu kilku minut, nie było nad nią nawet debaty. Bo faktycznie, kogo interesuje mało istotna poprawka do ustawy o lokalnych kasach?
Lokalne kasy były instytucją powołaną w USA na początku XIX wieku, by ułatwić niezamożnym Amerykanom staranie się o kredyt na nieruchomość. Idea była taka, że mieszkańcy małego miasteczka znają się nawzajem, a więc pracownicy lokalnej kasy będą znać osobę, której udzielają pożyczki. Udzielają jej nie z kapitału wielkiego banku, tylko skromnego kapitału zgromadzonego z oszczędności mieszkańców miasteczka. Żeby te kasy mogły pełnić swoją funkcję, nałożono na nie różne ustawowe ograniczenia - takie jak konieczność owej lokalności (właściciele muszą pochodzić z tego miasteczka), zbiorowy charakter kasy (musiała mieć co najmniej 400 udziałowców), zakaz inwestowania oszczędności w ryzykowne przedsięwzięcia.
Na początku lat 80. Kongres zniósł wszystkie te ograniczenia. Odtąd te kasy mogły mieć tylko jednego właściciela, mieszkającego w dowolnym miejscu, a inwestować pieniądze mogły, w co chciały. Bezpieczeństwo oszczędności miał gwarantować rząd - podniesiono federalne ubezpieczenie wkładów z 30 tys. do 100 tys. dol.
Innymi słowy każdy mógł wykupić lokalną kasę, wkłady gromadzone pracowicie przez mieszkańców miasteczka zainwestować w nowe porsche - a potem przedstawić podatnikowi rachunek opiewający na 100 tys. dol. Michael Milken podniósł tę ideę na wyższy poziom, wykupując lub obsadzając swoimi ludźmi tysiące takich kas, zmuszając je do kupowania "obligacji śmieciowych" emitowanych przez jego departament w banku Drexel Burnham Lambert.
Pozwalało mu to mawiać: "Nie ma czegoś takiego jak brak kapitału, jest tylko niewłaściwe zarządzanie". Na zamówienie klientów potrafił w ciągu godziny wygenerować miliard dolarów z niczego, obdzwaniając lokalne kasy i wciskając im śmieciowe obligacje za realne pieniądze. W roku 1983 Milken dokonał tej sztuki na potrzeby ludzi tworzących telekomunikacyjny konglomerat MCI (podobnie jak inne powstające w ten sposób spółki okaże się w końcu kolosem na glinianych nogach - pod nazwą WorldCom zbankrutuje w 2004).
Ten miliard to tak naprawdę mnóstwo rachunków na 100 tys. dol. wystawionych podatnikowi. Za Busha seniora federalny skarb musiał wziąć na siebie 126 z 160 miliardów dol. ogólnych kosztów, jakie przyniosło masowe bankructwo lokalnych kas oszczędnościowych - suma wtedy bulwersująca, ale z perspektywy tego, ile Bush junior zapłacił bankom podczas kryzysu w 2008, to jak fistaszki.
Krach Rynek obligacji śmieciowych działał jak jazda na rowerze - póki się jechało, to się jechało, ale zatrzymanie oznaczało upadek. Ivan Boesky był w tym świecie jak kaskader, fruwający nad głowami innych rowerzystów na wyczynowym BMX. Wyspecjalizował się nie tyle w podczepianiu się pod cudze wrogie przejęcia. Uprawiał nie tylko niedozwolony "insider trading", czyli wykorzystywanie poufnej wiedzy o spółce do spekulacji jej akcjami. Uprawiał "insider trading insider tradingu", czyli poufnie wiedząc, że ktoś inny ma dostęp do poufnych wiadomości, sam spekulował na jego spekulacji.
W roku 1985 w wyniku takich operacji jego finanse uległy przejściowemu zachwianiu. I jak wyczynowy rowerzysta dodał w tej sytuacji gazu.
Postanowił zlikwidować poprzednią firmę (Ivan F. Boesky Corporation) i założyć nową (Ivan Boesky Limited Partnership). Potrzebował do tego 660 mln dol., które poprzez emisję obligacji śmieciowych miał mu zapewnić Michael Milken. Boesky był mu już jednak winny 5,3 mln dol. za poprzednie transakcje. Milken przygotował wszystko, co potrzebne dla uzyskania 660 mln dol., ale powiedział przyjacielowi, że nie zobaczy z tego ani centa, póki on nie dostanie zaległych pieniędzy.
Zupełnie jak w filmie, wszystko działo się w ciągu jednego dnia, 23 marca 1986 roku. Boesky siedział w swoim gabinecie przy Piątej Alei, przy legendarnym biurku z marmurowym blatem i 20 aparatami telefonicznymi, z których na zmianę dzwonił do Milkena i do swojego księgowego, przygotowującego zamknięcie Ivan F. Boesky Corporation. Księgowy tymczasem miał w swoim biurze audytora przygotowującego raport zamknięcia. Audytor Peter Testaverde znalazł w finansach firmy dziwny rachunek na 10 tys. dol. i uparł się, że nie podpisze raportu. Zdenerwowany księgowy wypalił, że to idiotyzm przejmować się taką kwotą, skoro zaraz przepłynie tu 5,3 miliona.
"Jakie 5,3 miliona?" - zapytał czujnie Testaverde. I tak upadła pierwsza kostka domina, uruchamiająca łańcuch wydarzeń, m.in. bankructwo istniejącego od 1838 banku Drexel Burnham Lambert oraz największy krach w historii nowojorskiej giełdy (19 października 1987 indeks spadł o 23 proc. - tego rekordu nie pobito do dzisiaj).
I co dalej? Milken dostał 10 lat, wyszedł po 22 miesiącach - zapewniło mu to bardzo umiejętne rozgrywanie instytucji "układu z prokuraturą". Sąd uznał go za winnego 98 różnych przestępstw na szkodę skarbu państwa i inwestorów giełdowych. Milken dobrowolnie zapłacił 1,1 mld dol. fiskusowi, swojemu bankowi i komisji papierów wartościowych. Zostało mu... coś koło dwóch miliardów. Nadal jest jednym z najbogatszych ludzi w USA. Gdy dotknął go rak prostaty, przeznaczył spore fundusze na badania nad tą chorobą i jest dziś bardziej znany jako filantrop niż jako aferzysta.
Boesky dostał 3,5 roku, wyszedł po dwóch, ale jego żona Seema wystąpiła o rozwód, a Boesky w odpowiedzi - o alimenty. Seema jest spadkobierczynią fortuny magnata rynku nieruchomości - Bena Silbersteina (Boesky pierwsze interesy rozkręcił z jej posagu). Sąd przyznał więc alimenty - 150 tys. dol. rocznie. Nie jest to może taka fortuna jak Milkena, ale... da się wyżyć.
W drugiej części "Wall Street" widzimy Gordona Gekko wychodzącego z więzienia po... 20 latach. Żeby tak długo siedzieć, musiałby mieć naprawdę fatalnego adwokata. Albo jakiś głębszy interes. Kto nadąży za geniuszem...