Kim byłaby dziś Tilda Swinton, gdyby 25 lat temu nie spotkała reżysera Dereka Jarmana? - W najlepszym wypadku dziennikarzem filmowym. W najgorszym - hazardzistką.
Nie wierzyła pani w swój talent? - 25 lat temu w ogóle nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być aktorką. Wyobrażałam sobie siebie jako bliżej nieokreślonego wykonawcę, performera, który nigdy nie dociera do celu. Dzięki Derekowi znalazłam sposób na to, żeby grać. Swój własny, możliwy, dobry tylko dla mnie.
Czyli? - Przy Jarmanie pokonałam wstyd. Poznałam w sobie głosy, twarze, emocje, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Oswoiłam swoją fizyczność. Zobaczyłam, że jestem kanciasta i że całkiem mi z tym dobrze. Przekonałam się, że nawet skrajna intymność nie musi oznaczać ekshibicjonizmu. I nauczyłam się pracy w zespole, bo zawsze byliśmy grupą solidarnie odpowiedzialną za film.
Uwielbialiśmy eksperymentować, ciągle przekraczaliśmy granice, ale nigdy nie były to lekcje aktorskiego rzemiosła. Derek jak ognia unikał słowa "profesjonalista". Chciał, żebyśmy pozostali amatorami. Do dziś tak o sobie myślę i mówię.
W ciągu dziewięciu lat zrobiliście razem - ...siedem filmów. To było jak nawyk. To ciągle jest we mnie, w nas wszystkich, którzy pracowaliśmy z nim przez te lata. Jarman zrobił z nas ludzi kina - aktorów, scenografów, operatorów, kompozytorów. Spotkaliśmy się wszyscy niedawno, kiedy postanowiłam przygotować dokument "Derek", mój filmowy list do niego. Zrobiłam ten film, bo zdałam sobie sprawę, że są co najmniej dwa pokolenia studentów szkół filmowych w Anglii, którzy nigdy o nim nie słyszeli. Jakby spełnił się jego ironiczny plan - po śmierci chciał zabrać ze sobą wszystkie swoje prace i zniknąć.
Dlaczego Jarman został zapomniany? - Zmarł w 1994 roku. Ludzie byli wtedy zmęczeni ciągłym mówieniem o AIDS. A to był rok, w którym byłam na 26 pogrzebach znajomych i przyjaciół. Wszyscy byli w pewnym sensie związani ze sztuką, filmem, teatrem. Ale media zaczęły ten temat pomijać, jakbyśmy wpadli w jakąś kulturową amnezję. Tej wyrwy, która jest po tych ludziach, nic już nie zapełni.
Tilda Swinton z czasów Jarmana i Tilda Swinton dzisiaj to ta sama osoba? - Mam nadzieję.
Teraz jest pani gwiazdą. - Jeśli ktoś myśli, że Tildzie po tylu latach się udało, bo wreszcie zrobiła "karierę", to muszę go rozczarować. Ona wciąż robi te małe, nikomu niepotrzebne filmy, zamiast spędzać czas w luksusowym spa, zbiera pieniądze na niezależne projekty i żyje tak, jak żyła dziesięć lat temu.
Ale po rolach w "Opowieściach z Narnii", "Michaelu Claytonie", "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" coś się jednak zmieniło? - Kiedy dostałam telefon z propozycją zagrania Białej Czarownicy, pomyślałam, że Derek pewnie zaśmiałby się i powiedział: "Bierz tę rolę i baw się nią". Tak zrobiłam.
Oczywiście czuję się czasem jak zapalony miłośnik kina, którego ktoś wrzuca w absurdalne sytuacje, o których nie miałam pojęcia. Nigdy w życiu nie oglądałam na przykład w telewizji ceremonii rozdania Oscarów. A jednak musiałam tam pójść, udawać, że pidżama, którą włożyłam, jest wieczorową suknią, odebrać statuetkę, która wygląda zresztą zupełnie jak mój agent.
Oscar za drugoplanową rolę w "Michaelu Claytonie" nie ma dla pani znaczenia? - Przeciwnie. Gdyby nie Oscar, być może dziennikarze mieliby w nosie takie filmy jak "Julia" Zonki czy "Jestem miłością" Guadagnino i nikt z "
Hollywood Reporter" nie chciałby o nich ze mną rozmawiać. Takie produkcje jak "Michael Clayton" czy "Tajne przez poufne" to dla mnie jak nalewanie benzyny do baku, podtrzymywanie ognia, dzięki któremu mogę odpalić swoje własne fajerwerki, wrócić do Europy i robić niezależne filmy. Ani George Clooney, ani Brad Pitt nie mają pojęcia, jak bardzo mi w tym pomagają!