Powiem brutalnie - jeszcze rok, a rodziny smoleńskie mogą zostać znienawidzone. - My nie jesteśmy Rodziną, jak Katyńska, związana historią. My przez media od razu zostaliśmy powiązani w osobne pęczki. W jednym posłowie, w drugim pracownicy Kancelarii Prezydenta, Rodziny Katyńskie, generałowie. I mój mąż na przykład, który był wiceministrem obrony narodowej, ale cywilem, nie mieścił się w żadnym. Był pojedynczy. Często więc pomijany.
Musiał lecieć? - Nie. Chciał.
Odnoszę teraz wrażenie - poznając rodziny - że w tym samolocie wiele osób znalazło się jakby przez przypadek.
Generałowie musieli. "Pan Prezydent chciałby - poinformował ministra obrony Bogdana Klicha szef Kancelarii Lecha Kaczyńskiego - aby w gronie uczestników uroczystości w Lesie Katyńskim udział wzięli... najważniejsi dowódcy Wojska Polskiego". Szef Kancelarii podał ich nazwiska. - Mój mąż poleciał za ministra Klicha. Minister miał w tym czasie bardzo chorą mamę. I nie mógł. Naprawdę nie mógł. A ktoś musiał, prezydentowi przecież się nie odmawia. Więc poleciał jego zastępca. Los tak zdecydował.
Staszek dowiedział się o tym w czwartek, 8 kwietnia. Przyszedł z ministerstwa do domu wieczorem i powiedział: lecę do Katynia. Bardzo był tym poruszony. Uważał, że spotkał go wielki zaszczyt - weźmie udział w ważnym historycznym wydarzeniu. Nigdy wcześniej nie był w Katyniu.
Potem był piątek. Spędziliśmy niezwykle miły, ciepły, dobry wieczór. Zawsze kiedy wracał z pracy, witaliśmy się, jakby wracał z długiej podróży. Nam się po prostu chciało być z sobą.
A w sobotę mój mąż jak myszka (uśmiech), cichusieńko, na paluszkach, żeby mnie nie obudzić, wyszedł z domu o piątej rano.
Tak wcześnie? - Bo mieszkamy w Podkowie Leśnej i chciał być na czas. Nigdy się nie spóźniał. Wylot samolotu miał zresztą nastąpić wcześniej, niż w rzeczywistości nastąpił.
Prezydent się spóźnił. Pół godziny. - Obudziłam się po ósmej. W błogim, leniwym nastroju. Leżałam w łóżku i myślałam, jak mi dobrze. Małżeństwem byliśmy dziewięć lat. To była dojrzała miłość, z przemyślanymi błędami popełnionymi w poprzednim etapie życia. Byłam z nim bardzo, bardzo szczęśliwa. Oboje byliśmy z sobą szczęśliwi.
Zadzwoniła mama Staszka. Zapytała: czy wiesz, że został utracony kontakt z samolotem? Usłyszała to w telewizji.
Poczułam straszny cios w żołądek. I natychmiast uspokojenie - że tak jest z mamami, prawda? Wystarczy jedna niepokojąca wiadomość i zaczynają przeżywać. Mamo, nie martw się, za chwilę na pewno wszystko się wyjaśni. Włączyłam
TVN 24. I zobaczyłam.
Płaczącego Wojciecha Olejniczaka? - To potem. Odrobinę wcześniej z ust Jarosława Kuźniara usłyszałam, że samolot się zapalił, że płonie, ale ogień został ugaszony. Aha, ugaszony, więc coś tam się zapaliło, ale wszystko jest już w porządku i będzie dobrze.
Oczekiwanie na kolejne informacje. W półprzytomności. Z biciem serca.
Nie pamiętam, kiedy powiedziano, że samolot się rozbił i wszyscy zginęli. A może to w ogóle do mnie nie dotarło?