http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kto decydował w Smoleńsku

Wacław Radziwinowicz, Moskwa, wrób
2010-09-22, ostatnia aktualizacja 2010-09-22 08:06

Rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przekazał wczoraj Polakom ostatnią partię dokumentów dotyczących katastrofy smoleńskiej. Według płk. Edmunda Klicha, przedstawiciela Polski przy MAK, to za mało

Miejsce katastrofy smoleńskiej
Fot. AP/
Miejsce katastrofy smoleńskiej
Ekipa polska pracująca przy MAK otrzymała wczoraj około 4 tys. stron dokumentów, w tym instrukcję techniczną oraz instrukcję użytkowania samolotu Tu-154M w locie. Akurat te instrukcje nie mają wielkiego znaczenia dla prowadzonego w Polsce śledztwa w sprawie katastrofy. Producent samolotu wydaje je każdemu, kto kupuje lub zamierza kupić taką maszynę.

Ważny jest natomiast - zwrócony wczoraj Polakom - pokładowy dziennik eksploatacyjny prezydenckiego tupolewa, w którym na bieżąco odnotowywano wszelkie usterki, naprawy. Opisywano urządzenia i instalacje montowane w tej konkretnie maszynie, np. system łączności satelitarnej. Dziennik w chwili katastrofy znajdował się na pokładzie samolotu i jego końcowa część jest zniszczona tak poważnie, że prawdopodobnie nie uda się jej odczytać.

Szefowie MAK powiadomili Polaków, że przed zakończeniem prac komisji badającej przyczyny katastrofy nie przekażą już niczego. Rosyjscy eksperci zakończyli pracę i rozpoczynają pisanie ostatecznego raportu, a to potrwa co najmniej kilka tygodni.

Polscy specjaliści wyjeżdżają w czwartek z Moskwy. Ale - według Edmunda Klicha akredytowanego przy MAK - Rosjanie nie przekazali nam ważnych dokumentów, na przykład dotyczących pracy lotniska w Smoleńsku i stosowanych tam procedur. Nieoficjalnie wiemy, że eksperci MAK upierają się, że na lotnisku tym, choć jest ono wojskowe, obowiązywały procedury stosowane w lotnictwie cywilnym.

Może to być dla Rosjan wygodne. Bo w myśl tej zasady odpowiedzialność za decyzję o lądowaniu w Smoleńsku - gdzie rankiem 10 kwietnia panowały fatalne warunki atmosferyczne - spada na załogę samolotu polskiego, a nie rozdziela się między pilotów i kontrolerów lotu bądź ich przełożonych. Jak słyszymy od ekspertów w Moskwie, według rosyjskich procedur odpowiedzialność za zgodę na lądowanie na lotnisku wojskowym spada na obsługę lotniska, a na cywilnym decyzja należy do pilotów.

Przypomnijmy, że strony polska i rosyjska zgodziły się tuż po katastrofie uznać tupolewa za samolot cywilny ze względu na - jak wyjaśniał to "Gazecie" ekspert od prawa lotniczego prof. Marek Żylicz - "cywilny charakter delegacji". Pilotów obowiązywały tzw. dopuszczalne minima, na których podejmuje się decyzję o lądowaniu. Wynosiły one 1000 m widoczności poziomej i 100 m podstawy chmur.

Jednak w chwili lądowania była gęsta mgła: widoczność pozioma wynosiła 300-500 m, a podstawa chmur 40-50 m. Załoga w momencie startu nie miała precyzyjnej prognozy pogody. O pogarszającej się widzialności informował polski Jak-40, który lądował w Smoleńsku wcześniej tego ranka. Tupolew z prezydencką delegacją na pokładzie zszedł na 20 m nad ziemię, piloci usiłowali poderwać maszynę, ale nie zdołali. I - jak wykazała potem symulacja ich lotu wykonana przez MAK - nie było na to szans.

Z ujawnionego stenogramu rozmów w kokpicie wynika, że wieża w Smoleńsku odradzała lądowanie, ale nie zamknęła lotniska. W kabinie pilotów do końca był dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik. Do kokpitu wchodziła też osoba rozszyfrowana jako szef protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusz Kazana. Z jej ust na 11 minut przed katastrofą padły słowa: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". Potem dowódca zdecydował się lądować.

Ale system naprowadzania na lotnisku oparty na radiolatarniach był tak nieprecyzyjny, że obsada wieży mogła przekazywać pilotom nieprecyzyjne dane, a w odległości ok. 1,5 km od pasa nie widziała już tupolewa na radarze. Piloci musieli polegać tylko na wskazaniach przyrządów samolotu.

Te wszystkie okoliczności weźmie pod uwagę polska komisja, a wcześniej Edmund Klich, który będzie miał 60 dni na ocenę rzetelności raportu MAK i ustosunkowanie się do niego.

Wrak Tu-154M niszczeje niezabezpieczony na lotnisku w Smoleńsku

Prokurator generalny Andrzej Seremet mówił wczoraj w RMF FM, że brak zabezpieczenia "budzi obawy i niepokój". Min. sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski w TVN 24 dodał, że oczekuje od strony rosyjskiej szybkiego zabezpieczenia wraku iże będzie rozmawiał o tym z szefem MSZ Radosławem Sikorskim. Wrak to jeden z głównych dowodów w śledztwie

smoleńskim, badać go będą - po sprowadzeniu do Polski - eksperci na zlecenie prokuratury. Miał zostać ogrodzony i przykryty brezentem

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':