- Moja klientka straciła wszystko: trzy kontrakty w telewizji, pracę prawnika, stanowisko w spółce giełdowej. Cała jej działalność była uzależniona od wizerunku. Najgorszą rzeczą, jaka może ją spotkać, jest przeciągające się dochodzenie bez szans na walkę w sądzie, gdzie będzie chciała ten wizerunek odbudować - mówi mec. Mikołaj Pietrzak. Adwokat reprezentuje Weronikę Marczuk, która jeszcze rok temu należała do grona najbardziej znanych w Polsce gwiazd programów rozrywkowych i seriali telewizyjnych.
Po byłym mężu - znanym aktorze - nosiła wtedy nazwisko Marczuk-Pazura. Gdy została zatrzymana pod zarzutem korupcji, straciła nawet to. Dawny partner zażądał, by przestała używać jego nazwiska. Nie chciał, by wiązano go ze sprawą.
- Można komuś zniszczyć życie w kilka minut, a na wyrok czeka się latami - podsumowuje mec. Pietrzak. Wziął sprawę, bo jako współpracownik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka specjalizuje się w przypadkach nadużyć ze strony służb specjalnych.
Dokładnie rok temu - 23 września 2009 r. - w znanej warszawskiej restauracji podający się za biznesmena agent CBA o operacyjnym nazwisku Tomasz Małecki wręczył aktorce 100 tys. zł w papierowej torebce z napisem "Emporio Armani". Gdy Marczuk-Pazura wychodziła, zatrzymali ją funkcjonariusze CBA. Do mediów błyskawicznie przedostała się informacja o zatrzymaniu celebrytki pod zarzutem korupcji.
Miała pośredniczyć w ustawieniu przetargu na sprzedaż siedziby Wydawnictw Naukowo-Technicznych w Warszawie przy ul. Mazowieckiej. Razem z nią zatrzymano prezesa wydawnictw Bogusława S.
Prokuratura zażądała dla aktorki aresztu. Materiał przeciwko niej zebrano w ramach operacji specjalnej zatwierdzonej przez ówczesnego szefa CBA Mariusza Kamińskiego.
Operacja trwała dwa lata. Agent Tomek - ten sam, który rozpracowywał posłankę PO Beatę Sawicką i zarzucał sieć na byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego - odbył z Marczuk-Pazurą kilkadziesiąt spotkań i przeprowadził setki rozmów telefonicznych.
Zaczepił ją na kolacji w Krakowie. Próbował zaimponować drogimi
samochodami, markowymi ubraniami i pieniędzmi. Mówił, że działa w imieniu spółki Estate Management Poland Ltd. (nie istniała, stworzyło ją na potrzeby swoich operacji CBA) i jest zainteresowany kupnem
nieruchomości. Twierdził, że Marczuk-Pazura obiecywała, że razem z prezesem WNT załatwią wygranie przetargu.
Zatrzymana zaprzeczała. Nie zgadzała się, by w mediach pisano o jej sprawie, posługując się inicjałami. Mówiła, że z Tomkiem kontaktowała się jako prawniczka i że oficjalnie zarejestrowała się w Ministerstwie Skarbu jako przedstawicielka firmy Tomka zainteresowana przetargiem. Kontakt z WNT miała, bo szukała tam siedziby dla swojej fundacji. Mówiła też, że nie podpisywała z Tomkiem kontraktu, ale w dniu zatrzymania miała przygotowany dokument, który formalizował ich relacje.
Nie wiadomo, na czym miało polegać ustawienie przetargu, bo budynek był planowany do sprzedaży na publicznej aukcji. Obrona Marczuk-Pazury uważa, że drastycznie przekroczono wobec niej granice prowokacji policyjnej.
Sąd nie zgodził się na areszt dla aktorki. Gigantyczną kaucję 600 tys. zł. zebranych przez jej przyjaciół szybko zmniejszono do 100 tys. Dwa tygodnie temu także ta kwota wróciła do aktorki. Oddano jej również paszport. Podobnie stało się z prezesem WNT.
W ciągu roku od zatrzymania Weronika Marczuk została przesłuchana tylko raz. I to nie w sprawie zarzutów, lecz kluczyków od samochodu znalezionych w jej domu. Przesłuchano też urzędników Ministerstwa Skarbu zajmujących się przetargiem.
Gdy 6 września prokuratura uchylała ostatnie 100 tys. zł poręczenia, prowadząca śledztwo prokurator Edyta Dzielińska-Wolińska napisała w uzasadnieniu, że "utrzymywanie tego środka byłoby nadmierną dolegliwością", bo "w chwili obecnej nie jest znany termin zakończenia śledztwa".
Na co czeka prokuratura? Nieoficjalnie wiadomo, że postępowanie blokują ogromne ilości rozmów nagranych przez agenta Tomka, których ciągle jeszcze nie spisali specjaliści. - Rzeczywiście w tej sprawie są materiały niejawne, które są analizowane. Termin zakończenia śledztwa nie jest znany. Czasem z jednych dowodów mogą wynikać kolejne - tłumaczy prok. Monika Lewandowska, rzeczniczka warszawskiej prokuratury okręgowej.
- Jedynym dowodem przeciwko mnie są zeznania agenta, który w specyficzny sposób interpretuje pewne zdarzenia. Przewija się w nich taka myśl, że nie ma ludzi uczciwych, są tylko tacy, których nie złapaliśmy - mówi Weronika Marczuk. O swojej sprawie napisała książkę (ma się wkrótce ukazać).
Jesienią 2009 r. agent Tomek został zdekonspirowany i musiał przejść do pracy za biurkiem. W ubiegłym tygodniu ogłosił, że idzie na emeryturę, bo w obecnym CBA nie może znaleźć sobie miejsca. Jest pewny, że jego metody obronią się przed sądem.
W CBA nie chcą rozmawiać o operacji przeciwko Weronice Marczuk. Nieoficjalnie źródła w Biurze potwierdzają, że zadaniem Tomka było przeniknięcie za jej pośrednictwem do środowiska
TVN i świata show-biznesu.