http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Milczenie urzędów, czyli wypadek Arkadiusza Sprzęgi

Milena Orłowska, Płock
2010-09-21, ostatnia aktualizacja 2010-09-21 11:18

Urząd
Urząd
Fot. Marcin Onufryjuk / AG

W demokracji obywatel powinien mieć dostęp do informacji publicznej. Tyle teoria. W eksperymencie organizacji pozarządowych na 368 zapytanych instytucji odpowiedziało "zwykłemu obywatelowi" tylko 100



Takie są wyniki badań przeprowadzonych przez Pozarządowe Centrum Dostępu do Informacji Publicznej i Klinikę Dialogu.

Wiosną i latem tego roku przeprowadziły prowokację - mailem, czasami listem poleconym, rozesłały do 368 instytucji ze 109 miejscowości w całej Polsce tzw. wnioski o udostępnienie informacji publicznej, podpisane fikcyjnym imieniem i nazwiskiem. Pytały m.in.: urzędy miast o liczbę służbowych wyjazdów za granicę i rozliczanie się z nich; starostwa o wsparcie finansowe dla organizacji pozarządowych, m.in. instytucji kościelnych; szpitale o liczbę potencjalnych dawców narządów zgłaszanych do Poltransplantu.

- Najczęstszą reakcją był brak reakcji, choć na każde pytanie dotyczące spraw publicznych powinniśmy otrzymać niezwłoczną odpowiedź, najpóźniej w ciągu 14 dni - mówi Jadwiga Janik z Kliniki Dialogu. - Tymczasem fikcyjny pytający informacje dostał tylko od 27 proc. urzędów i instytucji. Nierzadko ich udostępnienie warunkowano podaniem celu, w jakim będzie wykorzystana. To jest niezgodne z prawem.

W Centrum podają, że najwięcej odpowiedzi przychodziło od starostw i urzędów miast (ok. 40 proc. odpowiedziało). Szpitale milczały częściej. Szkoły wypadły najgorzej (tylko 7 proc. odpowiedziało obywatelowi). Janik: - Gdzieniegdzie zadawano sobie niemało trudu, by nie udzielić informacji. Na pytanie o liczbę zgłoszonych potencjalnych dawców narządów wicedyrektor jednego z większych wielkopolskich szpitali najpierw chciał wiedzieć, po co nam taka statystyczna informacja. Potem sprawę skierował do radcy prawnego i zażądał definicji "potencjalnego dawcy narządu". Na koniec zaś zażądał, by pytający udowodnił, że ma polskie obywatelstwo, bo tylko Polakom informacji może udzielić.

Do płockiego urzędu miasta wysłano pytanie, czy władza ma samochody służbowe i czy może korzystać z tych aut do celów prywatnych. Pod listem podpisał się "Arkadiusz Sprzęga". Ten sam fikcyjny obywatel płockie starostwo zapytał o program współpracy z organizacjami pozarządowymi. Oba urzędy nie odpowiedziały.

- Najwidoczniej w natłoku reklam, informacji, próśb i pytań ten mail nam umknął. Pozostaje przyznać się do winy i uderzyć w piersi - mówi nam Agnieszka Grażul z biura prasowego ratusza. Zapewnia, że urzędnicy na wszystkie pytania dotyczące płockiego życia publicznego starają się odpowiadać rzetelnie. Sprawa Arkadiusza Sprzęgi to - mówią w płockim ratuszu - wypadek przy pracy.

W starostwie też zapewniają, że odpowiadają wszystkim, tylko Sprzęga miał pecha. - Trudno mi powiedzieć, dlaczego akurat ten mail pozostał bez reakcji - mówi się Jan Ryś, dyrektor wydziału administracji starostwa.

- Ale Płock nie jest wyjątkiem - podsumowuje Michał Henzler z Kliniki Dialogu.

Co teraz? Teoretycznie autorzy badań mogliby napisać skargę do zwierzchników urzędników odpowiedzialnych za informowanie. I poinformować prokuraturę. Dostęp do informacji publicznej gwarantuje art. 61 Konstytucji RP i ustawa o dostępie do informacji publicznej (za jej bezpodstawne nieudzielenie grozi kara grzywny i pozbawienia wolności do roku). Do tej pory było w Polsce już kilka przypadków skazania "milczących" urzędników na karę grzywny. Tracili status osoby niekaranej i pracę w urzędzie.

- Nie chcemy piętnować urzędów, nasza akcja nie jest wymierzona przeciwko nim - mówi Henzler. - Chcemy tylko, by jak najwięcej osób dowiedziało się, że ma prawo do informacji. I jak najwięcej urzędników uświadomiło sobie, że ma obowiązek jej udzielać. To bardzo ważne! Bo demokracja to taki ustrój, w którym obywatel rządzi, choćby poprzez wybory. Jak ma rządzić, skoro np. nie może się dowiedzieć, na co wydawane są jego pieniądze i czy wójt, burmistrz albo prezydent realizują swoje wyborcze obietnice?

Skąd to urzędnicze milczenie? W Klinice Dialogu wymieniają kilka powodów. Niewiedza (dotyczy szkół czy szpitali), lekceważenie "człowieka z ulicy" i poczty elektronicznej. - Pytanie zadane na piśmie, najlepiej z jakąś pieczątką, miałoby o wiele większą szansę na uzyskanie odpowiedzi - mówi Henzler.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':