Papież, który mówi o księżowskiej pedofilii z odwagą niewidzianą u poprzedników, w Londynie po raz czwarty spotkał się z ofiarami molestowania i kolejny raz publicznie ich przepraszał - tym razem przyrównując ich ból niemal do cierpień męczenników za wiarę.
"Już to słyszeliśmy! Nawet codzienne przeprosiny nie wystarczą, jeśli
papież nie zacznie działać" - odpowiedziały mu organizacje, które skupiają ofiary Kościoła. Ich rozczarowanie to gwarancja, że temat grzechów Kościoła powróci podczas następnej pielgrzymki i znów będzie odwracał uwagę od reszty papieskiego przesłania.
Bo w Watykanie nadal za immunitetem dyplomatycznym kryje się kard. Bernard Law, który uciekł z
USA przed przesłuchaniami w sprawie tuszowania pedofilii. Kiedy wiedeński kardynał Christoph Schönborn oskarżył kard. Angela Sodano (sekretarza stanu za
Jana Pawła II) o blokowanie śledztwa wobec innego hierarchy, Watykan ostro uciszył wiedeńczyka. Nie widać też publicznej skruchy za hołubienie założyciela Legionistów Chrystusa o. Maciela Degollady w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II w czasie, gdy Kongregacja Nauki Wiary prowadziła postępowanie w sprawie wysuwanych przeciw niemu podejrzeń pedofilskich.
Kiedy na początku 2010 r. ujawniona została skala skandali pedofilskich w europejskim Kościele, historyk Soboru Watykańskiego II Alberto Melloni apelował o nowy sobór, który mógłby być nowym początkiem i uratować zszarganą opinię papiestwa. Na Vaticanum III szanse są niewielkie, lecz wydaje się, że Kościół istotnie potrzebuje wielkiego gestu pokuty, radykalnych działań w stosunku do winnych biskupów i księży oraz - co chyba najważniejsze - choćby symbolicznego wzięcia odpowiedzialności przez najwyższych hierarchów za tuszowanie skandali pedofilskich w ostatnich dekadach. Dopóki bowiem Benedykt XVI będzie przepraszał wyłącznie za bezpośrednich sprawców (i ewentualnie "brak czujności Kościoła"), dopóty Watykan będzie miał kłopot z odzyskaniem wiarygodności.
"Papież staje się bogiem, nikt nie ośmiela mu się przeciwstawić, nie orientuje się w prawdziwych wydarzeniach i popełnia okrutne czyny, choć tego nie zamierza" - oto opis wynaturzeń scentralizowanego papiestwa, w którym głowę Kościoła otaczają doradcy zatroskani nie o prawdę, lecz o zachowanie status quo i uniknięcie zgorszenia. Przedstawił go nie kto inny jak beatyfikowany wczoraj przez Benedykta XVI kardynał John Henry Newman (1801-90).
Słowa błogosławionego pasują do rzeczywistości kościelnych urzędów z II połowy XX w., które w trosce o dobre imię Kościoła i samopoczucie
papieża na długie lata "gubiły" w swych szufladach skargi na księży pedofilów.
Błogosławiony Newman uważał, że lekarstwem na to powinna być m.in. wolność debaty duchownych i świeckich w Kościele ("ograniczeniem władzy papieża jest moje sumienie"). Skończyło się to odebraniem mu przez ówczesnego papieża kierownictwa katolickiego pisma "Rambler". Wprawdzie Benedykt XVI u początku pontyfikatu dokonał podobnej zmiany "liberalnego" szefa w jezuickim tygodniku "America", ale teraz przynajmniej stawia katolikom za wzór intelektualnej odwagi Newmana.
Wiarygodność i uczciwość intelektualna Kościoła, o którą walczył Newman, nie przestaje być potrzebna nawet na najsilniej zeświecczonym Zachodzie, co dobitnie pokazała brytyjska podróż Benedykta XVI. Pomimo skandali pedofilskich, masowych protestów antypapistów czy też braku talentów poprzednika, który porywał tłumy, Benedykt XVI był tam słuchany z wielką uwagą, której mało kto spodziewał się przed pielgrzymką.
- Zatrzymaliśmy się, aby pomyśleć. O współczesnym społeczeństwie i o tym, jak odnosimy się do siebie - dziękował
papieżowi premier David Cameron.