http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czy Sophie to Monica?

Jacek Szczerba
2010-09-18, ostatnia aktualizacja 2010-09-17 19:20

"Nie oglądaj się" Mariny de Van to dwie śliczne aktorki i interesujący motyw przemiany. Szkoda tylko, że autorzy zapomnieli o napisaniu porządnego scenariusza.

Nie oglądaj się
Nie oglądaj się
Jeanne (Sophie Marceau) jest dziennikarką, pisze książki biograficzne, ale ma ambicje literackie. Widzimy, jak zaprzyjaźniony wydawca odrzuca jej powieść o dzieciństwie nadmiernie nasyconą detalami. Zaraz potem dowiadujemy się, że Jeanne, mając osiem lat, przeżyła wypadek, na skutek którego zapadła na amnezję. Ona nie pamięta dzieciństwa, dlatego chce je sobie w książce odtworzyć.

Ale to nie jest główny problem Jeanne. Gorzej, że bohaterkę zaczynają nachodzić przywidzenia, za którymi czai się pytanie - czy ona to wciąż rzeczywiście ona? W jej oczach zmienia się też świat dookoła - począwszy od stołu w mieszkaniu, który jej zdaniem nie stoi tam, gdzie stał wcześniej. Rodzina sądzi inaczej, więc Jeanne wpada w złość - źle traktuje dzieci. Wkrótce dostrzega w lustrze zmiany na swej twarzy - jakby spod spodu wyłaził ktoś inny. Wtedy rolę Marceau przejmuje Monica Bellucci. Rychło wątpliwości Jeanna się mnożą - nie ma już żadnych gwarancji, czy jej mąż (Andrea Di Stefano) to naprawdę jej mąż, a matka (Brigitte Catillon) to naprawdę jej matka.

"Nie oglądaj się" to zatem film o przemianie, także fizycznej, wywołanej przez rozpad psychiki. Więcej do grania ma tu Marceau pokazująca kolejne etapy lękliwej reakcji na metamorfozy, których Jeanne nie rozumie. Partia Marceau jest zresztą dłuższa. Bellucci zajmuje się wyłącznie szukaniem wyjaśnienia - skąd to wszystko? Obie są przekonujące.

Przekonujące, ani tym bardziej oryginalne, nie jest natomiast owo wyjaśnienie podszyte oczywiście psychonalalizą. Banalne są też scenariuszowe pomysły je zapowiadające - mała dziewczynka, której obraz nawiedza Jeanne, wypadek samochodowy, którego bohaterka niby jest świadkiem. Scenarzyści powinni byli bardziej się postarać.

A ponieważ woleli efektowne momenty od logicznie dopiętej całości, najprzyjemniejszą częścią kontaktu z "Nie oglądaj się" pozostaje możliwość podziwiania, jak dwie śliczne aktorki bezboleśnie weszły w wiek średni, nie tracąc wcale na atrakcyjności. Panowie mogą podumać w kinie, u boku której z nich woleliby się zestarzeć.

Jacek Szczerba: Dlaczego zagrała pani w "Nie oglądaj się" Mariny de Van?

Sophie Marceau: Scenariusz był zaskakujący, Marina jest bardzo bystra. Ja nie jestem zbyt elastyczna, a jej oddałam się całkowicie, i bardzo mi się to podobało. Rola była wyczerpująca, ale nie psychologicznie, tylko fizycznie. Na początku bohaterka nie wie, co się z nią dzieje. Ona nie jest schizofreniczką, jest normalną osobą - Marina ciągle mi to powtarzała. Grałam, jakby pierwszy stopień zmiany. Część psychologiczna należała do Moniki - wyjaśnić tę zagadkę, odkryć prawdę. Myślę, że ten film jest jak pójście do psychoanalityka, tylko że zamiast gadania, którym zwykle zajmujemy się we francuskim filmie, on pokazuje, przez co ta postać przechodzi. Jak odwołuje się do swej pierwszej emocji.

Czy kręcenie fizycznej przemiany było dla pani uciążliwe?

- Czasem pół twarzy miałam zasłonięte włosami albo grałam z naroślą, przez którą niewiele widziałam. Dlatego dziwiłam się, że w przerwach między zdjęciami ludzie prosili mnie o autograf. - Jak mnie rozpoznaliście? - pytałam. Musiałam pracować przez 30 lat, żeby wreszcie stać się kimś zupełnie innym.

Jak się pani czuła w towarzystwie Moniki Bellucci?

- Świetnie, ale to trwało bardzo krótko. Miałyśmy niewiele wspólnych scen. Więcej czasu spędziłyśmy razem z racji promocji filmu. Jesteśmy bardzo różne, a ja lubię taką sytuację. Mogę się wtedy czegoś nauczyć od drugiej osoby. Monica jest bardzo emocjonalna, ale ukrywa to za urodą, za doskonałością tego, co robi. Ciągle jest pod kontrolą. Gdybym była reżyserką filmu, w którym ona gra, zwróciłabym uwagę na jej szczere oczy. Jest delikatna.

Ja jestem bardziej nerwowa. Powiesz mi: "Skacz!", to skoczę. Ona pewnie więcej wie o życiowych niebezpieczeństwach. Ja nie boję się niebezpieczeństw tyczących mnie, nie boję się cierpieć. Jak po coś idę, to idę, nie myślę wtedy. Jestem jak pędzący koń. Sądzę, że jestem opiekuńcza, ale mój syn powiedział mi kiedyś: "Za każdym razem, gdy z tobą idę, boję się, że coś złego się zdarzy".

W kino też się pani tak rzuca?

- Nie, coraz trudniej o dobry scenariusz, a ja nie chcę się angażować w coś, w co nie wierzę w 100 proc. Gdy jednak mówię: "Zgadzam się", wtedy chcę być reżyserowana, chcę znaleźć się w czyimś świecie.

A co panią popchnęło do reżyserii?

- To się po prostu stało. Sporo pisałam, gdy nie pracowałam jako aktorka, i część z tego, co napisałam, przerobiłam na scenariusz. Najpierw wyłonił się z tego krótki film. Pomyślałam - okej, nakręcę to. Potem powstały dwa filmy pełnometrażowe. Nigdy jednak nie byłam świadoma, że chcę reżyserować.

Ludzie ze środowiska filmowego myślą: "Nie wiemy, kim ona właściwie jest". Jestem popularna, a robię wiele filmów, które nie są popularne. U mnie wszystko działo się szybko, zaczęłam grać jako nastolatka. Dlatego teraz zwalniam, potrzebuję czasu, żeby samemu się zdefiniować. Ludzie też potrzebują czasu, żeby mnie zrozumieć.

Czy czuje się pani buntowniczką?

- Raczej samotniczką. Nie lubię być długo w grupie. Nie chodzę do kina. Wolę spędzać czas z dziećmi.

Czy odrzuciła pani kiedyś jakieś hollywoodzkie propozycje?

- Wiele razy. Dwie ostatnie były mroczne. Pierwsza była świetnie napisana - o złym policjancie, którego żona umiera na raka. To było okej, miałabym co grać. Jednego jednak nie mogłam zaakceptować - tego, że matka wie, że ojciec wykorzystuje dzieci seksualnie, ale nic nie mówi na ten temat. To jest ludzkie, zdarza się, ale ja nie umiałabym z tym żyć.

Drugi projekt to był niezależny film drogi. O związku matki z dziesięcioletnim synem. Ona rabuje banki. To była dobra rola, we Francji takich nie dostaję. Tu muszę być bardzo "chic", w naszych filmach wszyscy żyją w zamkach. Jednak zachowanie tamtej matki w stosunku do syna wydało mi się nieprzekonujące: bo z jednej strony kradną, a z drugiej ona mówi do niego: "Musisz się dobrze uczyć w szkole". To nie pasuje do siebie, nawet jeśli przyjąć, że matka jest ekscentryczna.

Moje dzieci nie widziały żadnego mojego filmu - nawet Bonda, nawet "Anny Kareniny". Nie chciałabym, żeby córka widziała, że matka skacze pod pociąg. To jest coś, nad czym zastanawiam się, gdy wybieram filmy: czy bym się ich wstydziła przed dziećmi?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':