Sąd w Mohylewie skazał na karę śmierci Igara Mialika, którego uznał za winnego współudziału w czterech zabójstwach oraz kilkunastu napadach rabunkowych. Mialik był członkiem tzw. bandy karateków - trzyosobowej grupy złożonej z trenerów wschodnich sztuk walk. Dokonywali oni napadów na kierowców jadących
samochodami z zagranicznymi rejestracjami.
Mialik i jego wspólnicy zostali aresztowani we wrześniu 2009 r. Przed sądem stanął wraz z Aleksandrem Syczouem (dożywocie), bo procesu nie doczekał herszt bandy Aleksander Kozyrau, który zmarł w więzieniu.
- W sądzie obydwaj oskarżeni przyznali się do winy i błagali o litość - powiedział "Gazecie" Walancin Stefanowicz z Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna", który obserwował proces. Wyrok nie jest prawomocny i obrońcy skazanych już zapowiedzieli apelację.
Obecnie w białoruskich więzieniach na wykonanie kary śmierci czekają dwie osoby. Skazaniec zabijany jest strzałem w tył głowy, a jego ciało grzebane jest w nieznanym grobie. Rodzina nie jest informowana o miejscu pochówku.
Wykonywanie kary śmierci od dawna wywołuje międzynarodowe protesty -
Białoruś jest jedynym państwem Europy, gdzie zabija się skazanych. Kiedy w marcu w Mińsku wykonano dwa wyroki śmierci, oburzona Rada Europy zerwała rozmowy w sprawie odnowienia dla Białorusi statusu gościa specjalnego w Zgromadzeniu Parlamentarnym RE. Głównym warunkiem było bowiem wprowadzenie moratorium na wykonywanie najwyższego wymiaru kary.
Według obrońców praw człowieka od 1991 r. na Białorusi wykonano 400 wyroków śmierci. Rządzący już 16 lat prezydent Łukaszenka tylko raz skorzystał z prawa łaski.