Bardzo gorący był środowy poranek w stacjach radiowych nad Sekwaną. Wszystko przez bezprecedensową krytykę Francji ze strony Komisji Europejskiej - we wtorek unijna komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding stwierdziła, że francuska kampania likwidowania obozów Romów i odsyłania ich do Rumunii i Bułgarii to hańba. - Myślałam, że po II wojnie światowej nie będziemy już czegoś takiego oglądać w Europie - powiedziała m.in. Reding.
Od końca lipca zlikwidowanych zostało ok. stu obozów, a ponad tysiąc Romów dostało od Francji bilety na samolot i po 300 euro na drogę (100 euro w przypadku dziecka). Zdaniem Paryża wszystko odbywa się w zgodzie z europejskimi przepisami, bo każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie, i zapewnił o tym Komisję, która stoi na straży europejskiego prawa.
Ale media francuskie wciągnęły na światło dzienne okólnik MSW, w którym pogania się władze lokalne, by w pierwszej kolejności likwidowały obozy romskie. I stało się jasne, że kryterium jest przynależność etniczna, a nie indywidualna sytuacja życiowa danej osoby (europejskie prawo pozwala wydalić po trzech miesiącach osobę niemającą pracy ani ubezpieczenia). W tej sytuacji oszukana komisarz Reding zagroziła Francji pozwaniem do trybunału za łamanie prawa europejskiego.
Francuzów najbardziej jednak ubodły jej słowa odnoszące się do II wojny światowej. Na antenie
radia Europe 1 minister ds. imigracji Eric Besson określił słowa pani komisarz jako szokujące i anachroniczne. - Zwykle wypowiada się w sposób bardziej wyważony - stwierdził. Jeszcze dalej poszedł minister ds. europejskich Pierre Lellouche. - Jako francuski minister, jako obywatel i jako syn kogoś, kto walczył we francuskich siłach oporu nie mogę pozwolić pani Reding porównywać Francji roku 2010 w sprawie Romów z Francją Vichy. () Paryskie lotnisko Roissy to nie Drancy [skąd do obozów śmierci odsyłani byli francuscy Żydzi]. () Wypłata i bilet lotniczy do europejskiego kraju pochodzenia to nie bilet do obozu śmierci czy komory gazowej - grzmiał na antenie RTL, najwyraźniej umyślnie wyolbrzymiając słowa pani komisarz, by sprawić, że jej krytyka zabrzmi absurdalnie. - Wystarczy tego tonu, moja cierpliwość ma granice, nie tak się mówi do wielkiego kraju - dodał.
Po południu Pałac Elizejski próbował nieco studzić nastroje, mówiąc, że nie chce wchodzić w polemikę z Komisją ani z Parlamentem Europejskim, który wcześniej także napiętnował Francję. - Niektóre stwierdzenia są jednak nie do przyjęcia - stwierdził mimo to jeden z prezydenckich urzędników.
Całkiem przeciwnego zdania jest francuska opozycja, która bije na alarm, że to działania rządu psują opinię Francji na świecie.
Bruksela podtrzymała w środę mocne słowa, twierdząc, że wypowiedź pani Reding odzwierciedla stanowisko całej Komisji Europejskiej. Jedynie francuski komisarz Michel Barnier z partii prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego stwierdził, że lepiej byłoby uniknąć bezużytecznych polemik i nieuzasadnionego łączenia różnych zjawisk z historii.
Wieczorem temperatura sporu nieco się obniżyła. Komisarz Reding wyraziła ubolewanie "z powodu interpretacji odwracających uwagę od problemu, który trzeba rozwiązać". -Nie chciałam w żadnym wypadku dokonać porównania między II wojną a obecnymi działaniami rządu francuskiego. Wręcz przeciwnie, broniłam w imieniu Komisji Europejskiej zasad i wartości, które leżą u podstaw naszej Unii - dodała.
Pałac Elizejski odpowiedział lakonicznym komunikatem, w którym "przyjął do wiadomości przeprosiny wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej Viviane Reding za jej skrajne wypowiedzi wobec Francji" .