W czerwcu 2009 roku. Leszek G., górnik metaniarz z kopalni Wujek-Śląsk w Rudzie Śląskiej, pęka. - Pracowałem na ścianie nr 9. Gdy stężenia metanu zbliżało się do 2 proc. (powyżej tego stężenia automaty odcinają dopływ prądu do maszyn, a górnicy muszą przerwać pracę), zadzwonił z góry dyspozytor metanometrii. "Zrób coś z tym" - rzucił do słuchawki.
Dla kopalni jest ważne, żeby stężenie metanu było niskie. Odcięcie prądu oznacza przerwę w pracy. Górników trzeba wyprowadzić z wyrobiska i przewietrzyć chodnik. Ściana stoi, kopalnia nie fedruje.
Leszek G. dobrze odczytuje polecenie dyspozytora. Miał włożyć czujnik metanu do lutni, którą płynie świeże powietrze. Czujniki zaświeciłyby na zielono, że niby jest bezpiecznie. - Zacząłem się bać nie tylko o siebie, ale i o brata, który pracował wtedy na ścianie nr 5. Mówił mi, że tam jest dokładnie tak samo - mówi Leszek G.
Co robić? Bije się z myślami. Nie może wytrzymać, zgłasza się do
ABW i opowiada, co się dzieje na dole. Proponuje, że wszystko nagra, bo agenci ABW muszą mieć dowody.
Na dole kopalni potajemnie nagrywa trzy filmy. Na pierwszym widać, jak idzie chodnikiem do ściany nr 9. Po drodze mija pracujących górników, w tle słychać, jak rusza kombajn węglowy. Leszek G. kieruje kamerę na czujnik metanometrii, który powinien być podwieszony pod stropem, ale zamiast tego - wbrew wszystkim zasadom bezpieczeństwa - jest włożony do lutni ze świeżym powietrzem. - Czujnik przewiesił przodowy albo ktoś z poprzedniej zmiany - tłumaczy.
Na filmie słychać, jak w ręcznym czujniku metanu, który Leszek ma przy sobie, włącza się alarm. To znak, że poziom metanu przekroczył dopuszczalną wartość 2 proc. Górnik idzie dalej, a na elektronicznym wyświetlaczu pojawiają się kolejne szokujące cyfry: 7, 6, 8, 9 procent. Nagle zapala się czerwona plamka. Skończyła się skala. - W tym czasie facet obok mnie machał młotkiem. Wystarczyłaby tylko iskra, a moglibyśmy wylecieć w powietrze. Byłem przerażony - opowiada górnik.
Trzeba trzymać gębę na kłódkęFilm nagrany przez Leszka ABW przekazuje policji. Policja zawiadamia Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach odpowiedzialny z bezpieczeństwo w kopalniach. WUG zarządza kontrolę w kopalni Wujek-Śląsk. Inspektorzy sprawdzają czujniki, przesłuchują pracowników dozoru i szeregowych górników. Nie znajdują niczego, co nagrał Leszek G. Dopiero potem okazuje się, że inspektorzy WUG-u musieli wcześniej zawiadomić kopalnię, że będą sprawdzali podejrzany chodnik! Taki obowiązek nakładała na nich ustawa o swobodzie działalności gospodarczej.
Leszek G. jest rozczarowany i wściekły. Idzie na zwolnienie lekarskie, odzywają się dawne kłopoty z kręgosłupem i powoli wysiada psychika.
- Nie miałem się nawet komu z tego wszystkiego zwierzyć. Z byłą żoną od dawna się nie układało, a rodziców i brata nie chciałem w to mieszać. Tylko mama wiedziała trochę, co mnie gryzie, ale postanowiłem chronić rodzinę i nie opowiadałem o kopalni - mówi Leszek. - A może nawet dobrze się stało. Z drugiej strony nie miałem nic do stracenia i było mi łatwiej niż innym - przekonuje.
18 września 2009 r., poranna zmiana. Górnicy fedrują na ścianie nr 5, na głębokości 1050 metrów. Kilku elektromonterów naprawia przewód zasilający klimatyzator. Prawdopodobnie po raz kolejny łatają przetarty kabel. Włączają prąd, zwarcie. Metan zgromadzony w chodniku wybucha. Płomień o temperaturze tysiąca stopni Celsjusza i potężna fala uderzeniowa w ułamku sekundy zabiją 12 górników. Ośmiu umiera w szpitalach. 34 górników zostaje rannych, w tym większość ciężko. To jedna z największych tragedii we współczesnym górnictwie.
Leszek G. ogląda telewizję. Dzwoni do dyspozytora, pyta, czy jego brat był pod ziemią. Nikt nic nie wie. Dzwoni na numer kontaktowy do
TVN 24. Mówi, że ma film, na którym widać, jak fałszuje się czujniki. Umawia się z dziennikarzem pod kopalnią i przekazuje kopię. Pół godziny potem telewizja pokazuje pierwsze fragmenty, potem powtarza nagranie. Choć początkowo nie ma wyraźnej informacji, że film został zrobiony w chodniku nr 9, a więc nie w tym samym, gdzie doszło do wybuchu (chodnik nr 5), ale cała Polska już wie, że w kopalni ktoś igra ze śmiercią.
- Miałem satysfakcję, bo oddział wentylacji, w którym pracowałem, to zamknięte środowisko. Przez cały czas musiałem trzymać gębę na kłódkę. Nikomu poza przełożonym nie mogłem powiedzieć, ile metanu namierzyłem - mówi Leszek G.
Tragedią górników z Wujka-Śląska żyje cały kraj. Płyną kondolencje od prezydenta i premiera, zwykli ludzie deklarują pomoc rodzinom poszkodowanych. Wyższy Urząd Górniczy powołuje komisję do wyjaśnienia przyczyn wybuchu, niezależne śledztwo prowadzi prokuratura w Katowicach. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego zawiadamia ministra sprawiedliwości o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy ABW. Twierdzi, że agencja wiedziała z filmu Leszka G., że w kopalni fałszowano czujniki metanu, ale nic nie zrobiła. ABW broni się, że nie ma uprawnień do kontroli kopalń. Na dół mogą zjechać tylko inspektorzy nadzoru górniczego.
Dlaczego ten pan jeszcze tu pracuje?Nad głową Leszka G. zbierają się czarne chmury. W kopalni już wiedzą, kto nagrał film. - Jeden z kolegów, sztygar, powiedział mi to wprost - mówi górnik. Doszli do tego metodą eliminacji. Na dziesięciu pracowników wentylacji tylko ja byłem niepokorny, stawiałem się. Tylko ja miałem osiem wybić prądu w ciągu kilku dni, bo nie chciałem fałszować wskazań czujników.
Zaczyna się. Ktoś dziurawi opony w samochodzie metaniarza, odbiera głuche telefony, koledzy na jego widok przechodzą na drugą stronę ulicy, nikt nie podaje mu ręki. Mimo to Leszek wraca z chorobowego do pracy. - Powiedziałem, że choruję na kręgosłup i nie mogę ani dźwigać, ani się schylać, ale skierowali mnie do najcięższych prac na dole. Dostałem taki wycisk, że znowu wylądowałem na L4 - mówi.
W marcu kopalnia wręcza mu zwolnienie dyscyplinarne, bo nie dostarczył na czas druku L4. Leszek G. odpisuje, że wysłał zwolnienie pocztą, kopalnia wycofuje się z dyscyplinarki. Scenariusz powtarza się jeszcze trzykrotnie. Za każdym razem kopalnia anuluje wypowiedzenie, gdy tylko dociera do nich druk L4.
Leszek G. nie wytrzymuje napięcia, chce się spotkać z dyrektorem. - Nawet nie pozwolił mi dojść do głosu. Kierowniczkę kadr zapytał wprost: Dlaczego ten pan tu jeszcze pracuje? Tak się dowiedziałem, że jestem czarną owcą - mówi Leszek. Próbował się jeszcze spotkać z dyrektorami Katowickiego Holdingu Węglowego, do którego należy kopalnia Wujek-Śląsk. Od jednego z nich usłyszał: "Z agentem rozmawiał nie będę".
Od tamtego czasu G. jest w trudnej sytuacji finansowej. - Oszczędności już dawno się skończyły, a w górnictwie jestem skończony. Nikt nie pozwoli mi nawet potrzymać kilofa - mówi Leszek i zdradza, że chciał za dotacje z urzędu pracy otworzyć sklep z rybami, ale na razie pomoc wstrzymano. - Wszystkie pieniądze poszły na powodzian i muszę czekać.
Górnik złożył też przeciwko Katowickiemu Holdingowi Węglowemu sprawę w sądzie pracy. Domaga się 100 tys. odszkodowania. - Jeżeli wygram, to te pieniądze pozwolą mi stanąć na nogi - przekonuje.
Młodzi mi podziękowaliOd tragedii minął rok. Komisja badająca przyczyny tragedii ustaliła, że do wypadku doszło, bo osoby odpowiedzialne za prowadzenie wydobycia nie zadbały o właściwe przewietrzenie ściany. Do wyrobiska dostawało się zbyt mało powietrza, przez co metan gromadził się w tzw. zrobach, czyli miejscach powstałych po wybraniu węgla. Przez cały czas otwierano albo uchylano drzwi śluz wentylacyjnych, co zakłócało przepływ powietrza.
34 osoby (4 z kierownictwa kopalni, 13 pracowników wyższego dozoru, 12 pracowników dozoru średniego, 4 pracowników fizycznych oraz inspektor bhp) zdegradowano i mniej zarabiają. Ich odpowiedzialność za śmierć górników rozstrzyga właśnie sąd. Leszek G. wierzy, że sprawiedliwości stanie się zadość.
O karach dyscyplinarnych wymierzonych przez dozór górniczy mówi "śmiech na sali": - Nikomu nie spadł włos z głowy. Ludzie, którzy dopuścili do tragedii, nadal pracują w kopalni. Ja musiałem odejść.
Czy żałuje? - Dziś zrobiłbym to samo. Miałem już dość kłamstwa, strachu i fałszerstw. Mieszkam na górniczym osiedlu. Nie potrafiłbym spojrzeć w oczy rodzinom tych zabitych - mówi. Jego zdaniem starsze pokolenie górników jest już "stracone". Będą się zgadzać na wszystko, bo wiedzą, że tak dobrze płatnej roboty nigdzie nie znajdą. To dla nich normalne, że sztygar zwraca się do nich: Ty chuju, masz to zrobić i koniec. I robią, co każe. Nadzieja w młodych, oni są inni. - Gdy było już wiadomo, że to ja nakręciłem ten film, podziękowali mi. Podeszli do mnie w łaźni i powiedzieli: Miałeś odwagę.