Rząd chce mieć wielką państwową firmę energetyczną. Tak wielką, żeby udźwignęła ciężar budowy elektrowni jądrowej. Dlatego jedna państwowa firma - Polska Grupa Energetyczna - ma kupić inną, gdańską Energę. Wczoraj zielone światło dla tej transakcji dał sam premier
Donald Tusk. Bo budowa elektrowni atomowej jest rządowym priorytetem.
Argumentacja jest bałamutna. Jeśli rzeczywiście budowa elektrowni jądrowej ma absolutne pierwszeństwo, to rząd powinien po prostu połączyć obie firmy. Wówczas w kasie PGE zostałoby 8, może 9 mld zł i byłaby część pieniędzy na budowę elektrowni (koszt 20-28 mld zł). Ale wówczas skarb państwa nie dostałby 8-9 mld zł, bez nich znacznie trudniej byłoby zamknąć przyszłoroczny budżet.
Rząd powinien się na coś zdecydować. Albo priorytetem jest budowa elektrowni - wtedy PGE nie wydaje pieniędzy, albo ważniejszy jest budżet - wtedy sprzedajemy Energę komuś innemu, żeby nie wyciągać pieniędzy z PGE. Nie można jednocześnie zjeść ciastka i mieć ciastka. To przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni.
Premier musi mieć też świadomość, że prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel występuje w interesie firm i ludzi kupujących prąd. Obowiązująca w Polsce ustawa antymonopolowa nie pozwala na takie przejęcia i ma to głęboki sens. Gdy powstaje spółka dominująca na rynku (a taką spółką będzie połączona PGE-Energa), wtedy nie ma konkurencji i nie ma co liczyć na obniżki cen.
To wszystko premier na pewno wie. Ale w starciu logiki z polityką zazwyczaj, niestety, wygrywa ta ostatnia.