Pracujący w opozycyjnej "Ukraińskiej Prawdzie" Gongadze, znany z ostrych publikacji na temat ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, został porwany w Kijowie 16 września 2000 r. Dwa miesiące później jego pozbawione głowy ciało odnaleziono w lesie w pobliżu stolicy.
Okrutne morderstwo odbiło się głośnym echem na świecie i okazało się punktem zwrotnym historii Ukrainy w ostatnich latach. Opinia publiczna od razu przyjęła, że za zabójstwem stał krytykowany przez dziennikarza prezydent.
Te oskarżenia potwierdził ochroniarz Kuczmy mjr Mykoła Melnyczenko, który potajemnie nagrywał spotkania w gabinecie prezydenta. Przywódca państwa miał tam w gniewie mówić do najbliższych współpracowników, że trzeba pozbyć się niewygodnego dziennikarza.
Niewyjaśniona zbrodnia stała się początkiem masowej akcji społecznej "
Ukraina bez Kuczmy", konsekwencją której była pomarańczowa rewolucja 2004 r. Wyniosła ona do władzy prozachodniego prezydenta Wiktora Juszczenkę, który powtarzał, że znalezienie i postawienie przed sądem wszystkich winnych śmierci Gongadzego jest dla niego kwestią honoru. Osobiście obiecywał matce zamordowanego Lesi Gongadze, że doprowadzi sprawę do końca.
Ale i pod jego rządami nie udało się wyjaśnić najważniejszego: kto dał rozkaz zabójcom. Wczoraj rzecznik Prokuratury Generalnej Ukrainy Jurij Bojczenko poinformował, że śledztwo zostało praktycznie zakończone. Zarzut bezpośredniego zamordowania dziennikarza usłyszy generał MSW Ołeksij Pukacz, który wraz z trzema osądzonymi już wcześniej podwładnymi porwał, a potem zabił Gongadzego.
Za jedynego organizatora i - jak to określił Bojczenko - "podżegacza" do zbrodni prokuratorzy uznali byłego ministra spraw węwnetrznych gen. Jurija Krawczenkę. On jednak nie odpowie przed sądem, bo pięć lat temu popełnił dziwne samobójstwo.
Generał zastrzelił się w swoim domu akurat w dniu, w którym miał stawić się w prokuraturze, by zeznawać w sprawie Gongadzego. Strzelał przy tym do siebie dwa razy. Najpierw trafił w podbródek i nos, co powinno pozbawić go przytomności. Miał jednak ponoć siłę strzelić znowu - w prawą skroń.
"Ukraińska Prawda", powołując się na ludzi znających materiały śledztwa, napisała wczoraj, że Pukacz, który po wieloletnim ukrywaniu się został aresztowany w lipcu 2009 r., wymienił nazwisko innego współpracownika Kuczmy zamieszanego w morderstwo. Chodzi o Wołodymyra Łytwyna, wtedy szefa gabinetu prezydenta, dziś marszałka Rady Najwyższej. Krawczenko miał przedstawić go Pukaczowi, mówiąc: "To nasz współpracownik, który osobiście rozprawił się z Gongadzem". Krawczenko ponoć dodał jeszcze: "Proszę przekazać prezydentowi, że wykonamy każdy jego rozkaz".
Na taśmach nagranych przez Melnyczenkę, oprócz Kuczmy i Krawczenki, rzeczywiście słychać też głos Łytwyna, a także szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Leonida Derkacza.
Proces Gongadzego ma toczyć się przy drzwiach otwartych. Matka dziennikarza powiedziała agencji Interfax, że nie będzie brać udziału w rozprawie ani czytać akt. - Prokuratura zaciera ślady i kryje prawdziwych winowajców - tłumaczyła Lesia Gongadze.
Rozmowa z prof. Myrosławem Popowyczem, ukraińskim filozofem i politologiem Wacław Radziwinowicz: Wierzy pan, że prokuratura powiedziała prawdę, uznając za jedynego zleceniodawcę morderstwa Gongadzego ministra, który popełnił samobójstwo? Myrosław Popowycz: Absolutnie nie. Te wywody byłyby śmieszne, gdyby nie były tragiczne. Kto uwierzy, że jakiś minister z własnej inicjatywy morduje dziennikarza krytykującego prezydenta? To mogłoby być prawdą tylko wtedy, gdyby poza Kuczmą był na Ukrainie jakiś inny ośrodek władzy, silniejszy od przywódcy państwa i rozsyłający po kraju szwadrony śmierci. A przecież Ukraina to nie
Ameryka Łacińska.
Czy ogłoszone wnioski ze śledztwa są dla pana zaskoczeniem? - Też nie. To akurat znakomicie wpisuje się w wizerunek kraju za naszej nowej władzy. Szybko rośnie u nas znaczenie służb specjalnych. Merowie wielkich miast nie będą już wybierani, lecz mianowani. Wszędzie na kluczowe miejsca wchodzą ludzie jednego ugrupowania - prezydenckiej Partii Regionów. Idziemy wyraźnie w kierunku rosyjskiej "demokracji sterowanej". W tej sytuacji ludzie Kuczmy i on sam znowu stają się nietykalni.
Czy winy za to, że sprawa morderstwa nie została wyjaśniona, nie ponosi też prezydent Wiktor Juszczenko? - Oczywiście, że ponosi. W czasie swych rządów za jedynego groźnego dla siebie przeciwnika uważał Julię Tymoszenko [razem byli przywódcami pomarańczowej rewolucji]. Azludźmi Kuczmy, ludźmi Janukowycza stale próbował się układać, targować. Powinien był, tak jak obiecał, energicznie doprowadzić sprawę do końca, anie zostawiać ją ludziom poprzedniego reżimu, którzy właśnie doszli u nas do władzy.