http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jakie ma pani loczki?

Aleksandra Lewińska
2010-09-18, ostatnia aktualizacja 2010-09-18 13:10

Katarzyna Skorupa w Gimnazjum nr 24 na bydgoskim Londynku
Katarzyna Skorupa w Gimnazjum nr 24 na bydgoskim Londynku
Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz

Spuszczali mi powietrze z opon, rzucali chlebem w plecy. Nie mogłam ich dotknąć, nie powinnam nawet krzyczeć - młodym nauczycielom brakuje wsparcia

ZOBACZ TAKŻE
Wyobraź sobie, że zamykają cię w 25 metrach kwadratowych z trzydziestką nastolatków. Kamil wkurzony, bo nie zdążył się napalić, Wojtek ciągle taksuje cię od stóp do głów, czujesz, że połowa klasy cię nienawidzi. Zanim powiesz "dzień dobry", Kamil zaczyna walić w stół. Otwartymi dłońmi o ławkę. Pach, pach, pach. Gdy dochodzisz do biurka, już trzy ostatnie ławki walą razem z nim, reszta się śmieje w najlepsze. Po klasie fruwają słowa, których wstydzisz się powtórzyć. W głowie huczy od miarowych uderzeń. Nie mówisz, krzyczysz. Drzesz się. Właściwie chcesz tylko wyjść. Uciec, gdziekolwiek. Albo przynajmniej się poryczeć. Ale musisz być twarda: siadasz przy biurku, długo milczysz, stawiasz nieobecności, jedynki. O "Trenach" Kochanowskiego już nie pamiętasz. Po lekcji karnie przyjmujesz krytykę pedagoga ("To dzieci z trudnych środowisk, musisz je zrozumieć") i mamusiek ("Jak pani może, skąd tyle pał, przecież to złoty chłopak jest"). Szukasz wsparcia u dyrektora: "Masz za sobą pięć lat studiów, powinnaś sobie radzić".

Podobno jak młoda nauczycielka wytrzyma w gimnazjum pięć lat, to znaczy, że się nadaje. Ja przegrałam po roku.

Takie dobre dziecko

Niewielkie miasteczko na Kujawach.

D. ma 27 lat. Dziś jest urzędniczką. - Gimnazjum to było jak 10-miesięczna walka na ringu. Można powiedzieć, że teraz w pracy odpoczywam. Tam chciałam być "dobrą panią" i dzieciaki szybko mnie rozpracowały. Nabierałam się na najprostsze ich sztuczki. Stawiałam pałę, a na przerwie dwóch dryblasów ze łzami w oczach prosiło, żebym nie dzwoniła do rodziców, bo ich zabiją. Że to już ostatni raz takie harce mi na lekcji wyprawiali itd. I szłam na to: dobra, chłopaki, ale żeby mi to naprawdę było ostatni raz.

Chyba właśnie na tych przerwach straciłam szansę na wygraną. Byłam bezradna. Włazili mi na głowę, a ja dobrze wiedziałam, że nie mogę przeszukać plecaków, nie mogę ich dotknąć, nie powinnam nawet krzyczeć.

Pytałam starszych nauczycieli, jak sobie radzą. Powtarzali jedno: z nimi trzeba krótko. Próbowałam. Wymyśliłam na przykład, że zrobię tak: nie uciszam ich bez końca, ale czytam listę obecności i jak ktoś mnie nie usłyszy, ma kreskę. Koleś mnie ignoruje, gada, lata mi po klasie, nie słucha. Stawiam mu nieobecność. A on zaczyna szaleć jeszcze bardziej. Lekcję mi rozwala. No to biorę go do odpowiedzi. Dostaje niedostateczny. I wychodzę na idiotkę: stawiam jedynkę nieobecnemu. Ale to nie koniec. Chłopak głupi nie jest, wybiega z klasy, drzwi na oścież, komórkę w dłoń i do mamusi. Na przerwie dzwoni do sekretariatu matka, że przecież nie on jeden był głośno, że się uwzięłam, że to taki dobry chłopak jest. A potem jeszcze dywanik u pedagoga szkolnego. I wykład, że tak nie można, że muszę zrozumieć, że to dzieci z trudnych środowisk, z problemami itd.

Raz wezwałam dyrektorkę na lekcję, gdy już zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić. Usłyszałam, że straszenie dyrektorem to nie jest dobry sposób na dyscyplinę w klasie, że powinnam sobie radzić.

Dzwonienie do rodziców było bez sensu. Zapewniali, że przypilnują. I się rozłączali. Później nie odbierali telefonu. Na zebrania nie chodzili. W połowie roku zaczęłam sama chodzić po domach. Też z niewielkim skutkiem. W drzwiach często słyszałam: "Ojej, a właśnie się do pani wybierałam ". A ja syna od trzech tygodni w szkole nie widziałam.

Odwracam się do tablicy. I dostaję papierkiem. Pół biedy. Raz rzucali we mnie chlebem. Kulki polepili. Wtedy się poryczałam. Przy całej klasie. Trudno było potem do nich wrócić.

Jak na ławce przeczytałam: "D. to suka", to już nawet nie miałam ochoty reagować.

Spuścili mi powietrze z opon. Nawet nie zauważyłam. Dojechałam jakoś do domu, mąż mi zrobił awanturę, bo przecież mogło mi się coś stać.

Pluli mi na maskę samochodu. Z okien. Śliną, przeżutym jedzeniem. Kiedyś jeden opluł mnie. Patrzył mi prosto w oczy. Miał jakieś problemy, nauczyciele mówili, że to pewnie schizofrenia.

W pewnym momencie zrozumiałam, że muszę się z uczniami jakoś układać. Bo przecież jak nie zrealizuję materiału, nie przerobię kolejnego tematu, to nie będzie ich wina, tylko moja porażka.

Stawałam na rzęsach. Czytaliśmy "Na straganie" z podziałem na role, hiphopowe teksty analizowaliśmy. Po góralsku im czytałam. O! Wtedy nawet mi klaskali. Na palcach jednej ręki takie momenty.

Mówią, że gimnazjum to niepotrzebna poczekalnia między podstawówką a szkołą ponadgimnazjalną, którą uczniowie sami wybierają. Taki czas na szaleństwa. Wszystko mogą. Nie spotkałam nauczyciela, który myślałby inaczej. I tak dziękowałam Bogu, że nie było gorzej. W pokoju nauczycielskim się nasłuchałam: koleżance gimnazjalista zapalił papierosa na lekcji (bo go zestresowała), innej wyrzucił krzesło przez okno.

Byłam wykończona po sześciu godzinach pracy! Zdarzało się, że wracałam tak padnięta, że zasypiałam jeszcze przed obiadem.

Przestawałam wierzyć, że to, co robię, ma jakikolwiek sens. Nikt z moich uczniów nie myślał o maturze, dla niektórych gimnazjum miało być ostatnią szkołą w życiu. A ja im o młodości Mickiewicza opowiadam, o "Trenach" Kochanowskiego. Po co?

Zrezygnowałam, gdy usłyszałam rozmowę dwóch koleżanek w pokoju nauczycielskim: że w gimnazjum to tak jest, że jak się wytrzyma pięć lat, to już potem się zostaje, jest łatwiej. Pięć lat? Byłabym wrakiem. Wiedziałam, że to ponad moje siły i czas się zwijać.

Źródło: Duży Format
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 202 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    177 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':