W Polsce jeżdżą karetki oznaczone literami "P" lub "S". Pierwsze mają w załodze ratowników, drugie - lekarzy.
W stacjach pogotowia pracuje ich obecnie prawie 6 tys. Dziś nie ma znaczenia, czy lekarz ratownik jest pediatrą, czy ginekologiem. Po 1 stycznia będzie miało, jeśli
Ministerstwo Zdrowia szybko nie zmieni ustawy.
Gdyby nie zmieniło, w karetce dyżur będzie mógł mieć tylko "lekarz systemu". To oznacza doktorów ze specjalizacją z medycyny ratunkowej lub w trakcie jej robienia oraz specjalistów anestezjologii i intensywnej terapii, chorób wewnętrznych, chirurgii ogólnej, chirurgii dziecięcej, ortopedii i traumatologii lub pediatrii.
W całym kraju tych wymogów nie spełnia 37 proc. lekarzy pracujących w karetkach. Stacje pogotowia musiałyby zrezygnować z ich usług. A nie mają kim ich zastąpić.
Marek Haber, podsekretarz stanu w resorcie zdrowia, zapewnia, że problemu z brakiem obsady nie będzie. Ministerstwo wejście nowych przepisów najpewniej przesunie o dwa lata.
- To kolejna furtka, by w karetkach jeździli lekarze niezwiązani z ratownictwem, np. okuliści czy dermatolodzy - ocenia Jarosław Kalenik, prezes Polskiego Towarzystwa Ratownictwa Medycznego.
- Lepiej, żeby jeździli lekarze innych specjalności, jeśli mają doświadczenie w pogotowiu, niżby karetka nie wyjechała w ogóle - mówi jednak Stanisław Rybak, dyrektor pogotowia ratunkowego w Rzeszowie. Dodaje, że już teraz sztuką jest obsadzenie karetek "S" lekarzami w mniejszych miastach, gdzie nie ma uczelni medycznych i wielu szpitali.
Łódzki
NFZ już od kilku lat wymagał od pogotowia, by spełniało nowe wymogi. Dyrektor medyczny łódzkiego pogotowia Janusz Morawski sam jest anestezjologiem. W pogotowiu pracuje od 20 lat. Ale twierdzi, że nie specjalizacja się liczy, ale umiejętności. A te można zdobyć na kursach. - Pogotowie nie ma leczyć, tylko zabezpieczyć pacjenta i dowieźć do najbliższego szpitala - mówi.
Szef pogotowia w Szczecinie Roman Pałka podaje przykład Niemiec, gdzie w karetkach jeżdżą wyłącznie ratownicy. W razie problemów konsultują się z lekarzem lub go wzywają. Przyjeżdża
samochodem osobowym na sygnale: - To rozwiązanie optymalne i tańsze. U nas jeśli zespół "P" potrzebuje lekarza, musimy wysłać drugą karetkę z całym zespołem "S"!
W Polsce karetek bez lekarzy - z ratownikami i pielęgniarkami ratunkowymi - przybywa. Jest ich 57 proc. Ale gdy na ulice wyjechały pierwsze karetki "P", rodziny pacjentów pytały, gdzie jest lekarz. - Słyszeliśmy: "Bez lekarza zrobicie samo zło!" - wspomina Arkadiusz Kuźmiński, ratownik z Gdańska. Z czasem ludzie przyzwyczaili się do ratowników, jest ich dziś w pogotowiu dwa razy więcej niż lekarzy. Gdy przyjeżdżają do wypadku, ich działania praktycznie nie różnią się od działań doktorów.
Jednak gdy wymagania dla lekarzy pogotowia rosną, ratownikom nikt dyplomów nie sprawdza.
Ten zawód można zdobyć, kończąc trzyletnie
studia licencjackie lub dwuletnią szkołę policealną. Zdaniem prof. Juliusza Jakubaszki, krajowego konsultanta medycyny ratunkowej, trzeba stawiać na ratowników po studiach, a tym z wykształceniem średnim dać możliwość podniesienia wykształcenia. - Dziś ratownik medyczny nie potrzebuje prawa wykonywania zawodu, które jest wymagane od lekarza, pielęgniarki, farmaceuty. To poważne niedopatrzenie! - mówi Jakubaszko.
Pielęgniarki i położne wchodzą dziś do zawodu po studiach. Tego wymagała od Polski
Unia Europejska. - W przypadku ratowników medycznych nie ma dyrektywy, która by nakazywała ujednolicenie kształcenia - odpowiada Haber pytany, czy ministerstwo chce zmienić kształcenie ratowników. Ale zapowiada, że kwestie tej grupy ureguluje ustawa o "niektórych zawodach medycznych".