Jest! Proszę państwa, jest dowód na to, że Polska jednak nie jest - jak raczył ją nazwać prezes
PiS Jarosław Kaczyński - "kondominium rosyjsko-niemieckim", czyli mówiąc wprost - bytem kolonialnym!
Oto Dominik Zdort, redaktor odpowiedzialny za dział opinii w "Rzeczpospolitej",
odwinął się Stefanowi Dietrichowi, redaktorowi odpowiedzialnemu za dział polityki krajowej niemieckiego "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Poszło o teksty prof. Zdzisława Krasnodębskiego, który w "Rz" zazwyczaj (jeśli nie wychwala PiS) straszy nas Niemcem.
Dietrich: „Mam pewne wyrozumienie dla prof. Krasnodębskiego, który dostaje w Niemczech pensję profesorską, a jednocześnie posiada w Polsce sporą rzeszę zwolenników wrogo nastawionych do Niemiec, którym musi ciągle udowadniać, że nie zaprzedał Niemcom swojego patriotyzmu. Nie mam natomiast wyrozumienia dla redakcji »Rz «, która bezkrytycznie wierzy prof. Krasnodębskiemu, gdy opowiada najbardziej absurdalne historie o Niemczech”.
Dietrich
podaje przykład tekstu, w którym Krasnodębski na podstawie historii o zniknięciu z internetowego wydania "FAZ" jednego tekstu stwierdził autorytatywnie, że w Niemczech zagrożona jest wolność prasy (w rzeczywistości tekst z internetu zniknął, bo opisani bohaterowie prawnie wywalczyli, by artykuł ów nie był więcej rozpowszechniany; "coś takiego zdarza się również w Polsce" - wyjaśnia Dietrich).
Ale Zdort z "Rz" się nie poddaje. On walczy: "Pociesza mnie to, że od czasów odzyskania niepodległości polscy dziennikarze mogą publikować i pisać artykuły bez zabiegania o wyrozumienie redaktorów z innych krajów".
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz! I to się nazywa to słynne nieuprawianie polskiej polityki zagranicznej nie na kolanach!