Od przedwczoraj w Niemczech trwa medialna nagonka na Steinbach. Prasa nie zostawia na niej suchej nitki - nie tylko lewicowa, która od lat jest nieprzychylna środowisku wypędzonych, ale także ta konserwatywna, która je do tej pory wspierała. Politycy lewicy żądają, by Steinbach odeszła z polityki, jej partia CDU praktycznie jej nie broni.
Podczas środowego zarządu partii Steinbach wywołała burzę, mówiąc, że to Polska sprowokowała wybuch II wojny światowej, bo w marcu 1939 r. częściowo zmobilizowała armię. "Perfidnie przekroczyła czerwoną linię" - piszą zgodnie niemieccy publicyści.
Podkreślają też, że polityczna kariera szefowej Związku Wypędzonych (BdV) jest coraz bliższa załamania, a ona sama wpadła w partii w polityczną izolację.
Cios w Steinbach padł z własnych szeregów, bo posiedzenie frakcji CDU było zamknięte dla prasy. Omawiano na nim kluczowe sprawy: jak wyrwać partię i rząd z marazmu oraz sondażowego dołka, czy i jak ciąć wydatki, w szczególności zasiłki dla bezrobotnych. Komuś musiało bardzo zależeć, by media po spotkaniu skupiły się akurat wokół krótkiej wypowiedzi Steinbach.
Nasi rozmówcy z chadecji sugerują, że stoi za tym
Angela Merkel, której Steinbach od lat zatruwa stosunki z Polską, na których kanclerz bardzo zależy. Merkel od dawna prowadziła ze Steinbach delikatną grę, choćby proponując jej drugorzędne stanowisko w rządzie w zamian za wycofanie się z BdV. Steinbach odmówiła, i to dwukrotnie, zdając sobie sprawę z tego, że choć odmowa zaognia relacje z kanclerz, to przyjęcie propozycji Merkel oznaczałoby polityczną degradację. Wszak szef BdV zawsze był znaczącą postacią chadecji.
Na początku tego roku to Steinbach zagrała va banque, stawiając Merkel ultimatum. W zamian za rezygnację z udziału w pracach rady "widocznego znaku" - muzeum wypędzonych, które rząd buduje w Berlinie - zażądała dodatkowych stanowisk w tej instytucji dla swoich popleczników. Jednocześnie Steinbach przyłączyła się do wewnątrzpartyjnej opozycji, która zarzuca kanclerz, że porzuciła konserwatywne wartości CDU.
W tej próbie sił szefowa BdV sama dostarczyła amunicji Merkel, gdy w środę powiedziała o jedno zdanie za dużo. Charakterystyczne, że mimo tak ostrych ataków mediów na Steinbach kanclerz nie wzięła jej w obronę. Jedynie rzecznik niemieckiego rządu stwierdził krótko, że wypowiedź szefowej wypędzonych została nadinterpretowana.
Do manipulacji historią XX w. w wydaniu Steinbach zdążyliśmy przywyknąć. Robiła to, opowiadając m.in. o dramacie Niemców deportowanych ze Śląska, z Pomorza czy Sudetów - tak jakby doszło do tego bez związku z wywołaną przez Niemców wojną i popełnionymi przez nich zbrodniami. Na berlińskiej wystawie "Wymuszone drogi" tak przedstawiła tragiczne wydarzenia, które miały miejsce w Europie w ubiegłym stuleciu, że sama wojna i niemieckie zbrodnie rozpłynęły się gdzieś między rzezią Ormian a konfliktem cypryjskim.
W środę Steinbach ustawiła się w jednym szeregu z działaczami skrajnej prawicy, którzy od pół wieku próbują wybielić III Rzeszę i szukają współwinnych jej zbrodni. A przecież powinna była wiedzieć, że nic nie jest tak zabójcze dla niemieckiego polityka jak przypisanie mu ocierających się o neonazizm poglądów.
Przeciek do mediów i reakcje partyjnych kolegów tak zdruzgotały szefową BdV, że tego samego dnia zrezygnowała z członkostwa w zarządzie CDU. To pokazuje, jak mały jest dziś wpływ Związku Wypędzonych. Nie ma już własnego ministerstwa jak kilkadziesiąt lat temu, nie ma tak hojnych dotacji. A przede wszystkim kurczą się szeregi organizacji - według prasy ma ona dziś ok. 550 tys. członków, podczas gdy w latach świetności były ich miliony.
Słabnie też zainteresowanie Niemców zjazdami BdV - co widać po skromnych relacjach w mediach. Regularnie słychać za to głosy, by wypędzeni wreszcie rozliczyli się z nazistami we własnych szeregach, co Steinbach blokowała.
"Merkel pozbyła się balastu" - skomentował sprawę Steinbach tygodnik "Der Spiegel".