W oświadczeniu, które wczoraj ukazało się na stronach internetowych Kancelarii Prezydenta, Anna Komorowska zapewniła, że po rozmowie z mężem uzyskała zapewnienie, że Kancelaria Prezydenta włączy się w organizowanie wspólnego wyjazdu do Smoleńska. Kilka minut przed ukazaniem się komunikatu przebywający w małopolskich Tomaszewicach Bronisław Komorowski powiedział, że "całym sercem i całą duszą jest za tą inicjatywą", która umożliwi przełamanie "podziałów i konfliktów dzielących nawet te nieszczęsne rodziny".
Wczoraj "Gazeta" opublikowała apel rodzin 28 ofiar katastrofy smoleńskiej. Zwracają się one o objęcie przez pierwszą damę patronatu nad pielgrzymką na miejsce śmierci bliskich. Rodziny piszą, że chciałyby "dotknąć ziemi, która przyjęła ostatni oddech" ich bliskich.
"Wierzymy, że ta podróż będzie służyła ukojeniu złych emocji, a nasze cierpienie znajdzie zrozumienia nawet u tych, którzy dziś w ferworze politycznej walki zdają się go zupełnie nie dostrzegać" - dodają.
Członkowie rodzin chcieliby polecieć samolotem i przejść "te metry, których im zabrakło", i mogliby "zabrać ze sobą krzyż z Krakowskiego Przedmieścia, dla którego tak trudno znaleźć właściwe miejsce akceptowane przez wszystkich". Krzyż stanąłby tam, "aby uświęcić miejsce tragicznej śmierci 96 ludzi".
- Bardzo się cieszę z odpowiedzi pani prezydentowej. Jesteśmy tylko grupą inicjatywną, chcemy, aby w pielgrzymce wzięły udział wszystkie rodziny. Nie zależy nam na tym, by robić coś przeciw komuś - powiedziała "Gazecie" Ewa Komorowska, wdowa po wiceministrze obrony Stanisławie Komorowskim, który zginął w katastrofie, która znalazła się wśród tych, co podpisali apel.
Ewa Komorowska podkreśliła, że inicjatorzy zwrócili się właśnie do Anny Komorowskiej, aby jej patronat miał charakter apolityczny i wiązał się z wartościami rodzinnymi. Paweł Deresz, mąż posłanki
SLD Jolanty Szymanek-Deresz, powiedział nawet w
TVN 24, że ta pielgrzymka może być podróżą pojednania dla rodzin.
Nie u wszystkich członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej idea pielgrzymki spotkała się z pozytywnym odzewem. Już w czwartek Andrzej Melak, brat Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, zarzekał się, że do Smoleńska nie pojedzie, "bo to miejsce przeklęte". Propozycję zabrania krzyża nazwał w wypowiedzi dla PAP "dzikim pomysłem".
Równie ostro wypowiadała się wczoraj Beata Gosiewska, żona posła
PiS Przemysława Gosiewskiego. Pomysł przeniesienia krzyża spod Pałacu nie jest "handlem wymiennym". Według niej sprawę mogą rozwiązać jedynie władze poprzez wybudowanie pomnika lub obelisku upamiętniającego ofiary. W TVN 24 Gosiewska zastanawiała się nad "genezą apelu" i dziwiła się, że tak szybko Anna Komorowska na niego zareagowała.
Jednak już matka Przemysława Gosiewskiego Jadwiga Czarnołęska-Gosiewska komentowała sprawę łagodniej: - Wiem już, że nie polecę 10 października do Smoleńska. Tego samego dnia otwieramy w Kołakach Kościelnych koło Zambrowa na Podlasiu izbę pamięci mojego syna. Uważam jednak, że każda inicjatywa upamiętnienia ofiar katastrofy jest bardzo cenna. Także propozycja pielgrzymki do Smoleńska. Nie jestem jednak za tym, by uczestnicy takiej pielgrzymki zabrali ze sobą krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.
Także Małgorzata Wassermann, córka posła PiS Zbigniewa, oceniła ideę pielgrzymki jako "wartą rozważenia".
- To jest dla nas bardzo ważna sprawa, by godnie upamiętniać katastrofę. Od 10 kwietnia przeżywam tą tragedię bardzo intensywnie. Po pierwszym okresie żałoby, gdy teraz wracam do codziennych obowiązków, z całą siłą uświadamiam sobie, że ojciec już nigdy do nas nie wróci. Więc taka inicjatywa jest dla nas wszystkich, rodzin ofiar katastrof, bardzo ważna - mówiła "Gazecie". Jednak jej zdaniem krzyż powinien pozostać przy Krakowskim Przedmieściu do czasu godnego upamiętnienia ofiar.
Właśnie sprawa krzyża i możliwości jego zabrania na pielgrzymkę do Smoleńska zdaje się najbardziej drażliwym elementem dyskusji. Szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski, który rano rozmawiał z dziennikarzami, tłumaczył, że sprawa wymaga dalszych ustaleń.
- Na razie nie wiadomo, co z tym krzyżem miałoby się stać, czy tam pozostałby, czy też po powrocie zostałby przeniesiony do kościoła św. Anny - mówił rano dziennikarzom.
"Obrońcy" krzyża, którzy koczują przed Pałacem Prezydenckim, na ten pomysł reagowali okrzykami: "Nie oddamy krzyża żadnym rodzinom smoleńskim!", ale już rzecznik stowarzyszenia Solidarni 2010 Mariusz Bulski stwierdził, że wyjazd krzyża do Smoleńska jest możliwy, choć on jest zdania, że powinien być elementem przyszłego pomnika.
Politycy PiS podobnie jak część rodzin ofiar widzą w tym fortel zmierzający do usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia: - Widzę w tym chęć jego usunięcia sprzed Pałacu Prezydenckiego. A tę sprawę trzeba rozwiązać na drodze kompromisu, a nie podstępnego usunięcia. Widzę też tu podtekst polityczny. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z próbą odbudowy pozycji prezydenta Bronisława Komorowskiego, zachwianej po jego wypowiedzi o konieczności usunięcia krzyża - mówi "Gazecie" Jarosław Zieliński z komitetu politycznego PiS.
- Krzyż trafiłby tam, gdzie zginęli ludzie, i upamiętniałby ich ofiarę - replikuje marszałek Sejmu
Grzegorz Schetyna. Zdaniem wiceszefowej klubu PO Małgorzaty Kidawy-Błońskiej "to dobrze, że pierwsza dama nie stoi wobec tej prośby obojętnie". - PiS i
Jarosław Kaczyński wykorzystują politycznie tragedię smoleńską. Jarosław Kaczyński nie jedzie na grób brata na Wawel, a składa kwiaty pod krzyżem pod Pałacem Prezydenckim. Tu nie chodzi o krzyż, o pamięć tych ofiar. Chodzi o to, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nie podoba się to, że Pałac Prezydencki nie jest ich - ocenia posłanka PO.