Górski i Dobroś przed ostatnimi wyborami prezydenckimi byli filarami Toruńskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie pierwszy bronił drugiego w trwającym od grudnia ub.r. procesie lustracyjnym. Nieskutecznie - w środę Sąd Okręgowy w Toruniu orzekł, że Dobroś, startując w 2007 r. w wyborach do Sejmu, zataił w oświadczeniu, że podjął świadomą i tajną współpracę z
SB. Przez trzy lata zabronił mu startować w wyborach oraz pełnić funkcje publiczne.
Górski - profesor KUL i radny Torunia z listy
PiS - wybrał jednak zaskakującą linię obrony. O ile PiS bezlitośnie atakuje przeciwników politycznych podejrzewanych o współpracę z SB, o tyle w przypadku burmistrza skoncentrował się nie tyle na zbijaniu dowodów obciążających, ile na przedstawieniu kontekstu, w którym ten podpisał zobowiązanie.
- Zrozumienie tego jest w tej sprawie najważniejsze - powiedział. - Utarło się bowiem, że ten, co działał w konspiracji, zawsze zachowywał się w stu procentach nieskazitelnie. To mit. Już w czasie wojny otoczenie aresztowanego przez gestapo wiedziało, że ma najwyżej jeden dzień na oczyszczenie terenu wokół niego, bo tylko tyle można wytrzymać presję fizyczną i psychiczną. Ludzie nie zawsze wytrzymywali okrutne tortury.
Dobrosia nikt przemocą do współpracy nie zmusił, dlatego Górski spuścił po chwili z tonu. - Notatki pisali nie tylko ci, którym wyrywano paznokcie - stwierdził i perorował dalej: - Nigdy nie mieliśmy do czynienia z herosami, którzy pozostawali w stu procentach czyści. Tu jednak chodzi o czystość sumienia, że nie przyniosło się komuś szkody. Przecież nawet porozumienia w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu podpisywały osoby, na których ciążą bardzo poważne podejrzenia.
Mecenas powiedział wprost, że nie kwestionuje kontaktów Dobrosia z SB.
- Były one wtedy czymś oczywistym, bo nikt nie mógł ich odmówić. Ale czy to świadczy o świadomej współpracy? - pytał.
O współpracy Dobrosia z SB przesądziły jednak m.in. dokumenty z jego teczki - biegli kategorycznie stwierdzili, że podpisy "TW Kuba" zostały nakreślone jego ręką. Rozpoznał go również jego oficer prowadzący.
Proces potwierdził, że obecny burmistrz Lipna w latach 1985-87 pięć razy przekazał funkcjonariuszom bezpieki sześć informacji o sytuacji w Wojewódzkim Zakładzie Gospodarki Materiałowej w Skępem, gdzie wtedy pracował. Wykonał też dwa zadania (jedno częściowo) z ośmiu powierzonych mu przez SB.
- Ta współpraca nie była jednak jakaś szczególnie intensywna - zaznaczył sędzia, akcentując, że Dobroś jest "człowiekiem zasłużonym w walce o wolność".
Przypomniał, że na początku lat 80. miał sprawę karną, którą wytoczono mu na mocy dekretu o stanie wojennym, a z ewidencji agentów wykreślono go, gdyż nie chciał dalej współpracować. - Mecenas Górski słusznie zauważył, że bohaterowie nie są ze spiżu. Oni również mają chwile słabości - skonstatował sędzia.
Z drugiej strony wyliczył, że współpraca Dobrosia z SB nie była pozorowana, wszystkie przekazane przez niego informacje były istotne i zostały przez bezpiekę wykorzystane.
Dobroś przez cały proces zaprzeczał, że świadomie współpracował z SB. Wychodząc z sali rozpraw: - Dziś się, k..., esbekowi bardziej wierzy niż temu, co walczył. Ale nic, będziemy walczyć dalej.
Orzeczenie jest nieprawomocne.