- Są ludzie gotowi wyłożyć pieniądze na coś, co nie tylko może przynieść im zysk, ale także poczucie, że służą pomocą innym - mówił wczoraj brytyjski minister sprawiedliwości Kenneth Clarke.
Pilotażowy program jest wprowadzany w więzieniu w Peterborough w hrabstwie Cambridgeshire (wschodnia Anglia). Zasada, choć rewolucyjna, jest prosta: resocjalizacja więźniów to inwestycja, która w dłuższym terminie przyniesie zyski. Tzw. więzienne obligacje (na Wyspach nazywa się je fachowo Social Impact Bonds, czyli obligacjami społecznymi) o wartości 5 mln funtów wypuści na rynek brytyjska Social Finance, instytucja zajmująca się inwestowaniem w różne inicjatywy społeczne. Papiery te będą mogli kupić prywatni inwestorzy. Na początek zrobią to zapewne fundacje, organizacje charytatywne i bogaci filantropi.
Zebrane fundusze zostaną przeznaczone na resocjalizację 3 tys. więźniów odsiadujących krótkie wyroki w Peterborough. Jeszcze za kratkami i już po wyjściu na wolność będą mogli za to skorzystać z kursów zawodowych prowadzonych przez specjalistyczne firmy i fundacje. Zostaną też objęci innego rodzaju pomocą socjalną, która pozwoli im wrócić do normalnego życia. Bo jak twierdzi minister Clarke, "recydywa to najsłabszy punkt brytyjskiego systemu penitencjarnego".
Jeśli w ciągu sześciu lat trwania projektu odsetek więźniów wracających po odsiadce na ścieżkę przestępstwa zmaleje o 7,5 proc., inwestorzy mogą się spodziewać poważnych zysków - w sumie nawet do 3 mln funtów. Jeśli nie - stracą pieniądze, ale z poczuciem, że na słuszny cel. David Hutchison z Social Finance zapewnia jednak, że inwestycja powinna się zwrócić, i to z nawiązką.
Więźniowie z Peterborough są zachwyceni. - Kiedy zostajesz zwolniony, potrzebujesz pomocy, choćby
mieszkania - mówi "Guardianowi" Lee Venni odsiadujący siedem miesięcy za włamanie. I tłumaczy, że ci, którzy nie mają na kogo liczyć, zwracają się do przyjaciół ze starego życia. Ci zaś mają na nich zły wpływ i tak koło się zamyka.
Wielka Brytania ma jeden z najwyższych odsetków więźniów na zachodzie Europy i - mimo to - najgorsze statystyki, jeśli chodzi o popełnianie przestępstw. W Anglii i Walii siedzi za kratkami ponad 85 tys. osób. Utrzymanie jednego więźnia kosztuje podatników 38 tys. funtów rocznie, czyli więcej niż roczne czesne w ekskluzywnej szkole dla chłopców Eaton.
- Wcześniej czy później trzeba coś zrobić z bardzo wysokim odsetkiem recydywy. To absurd, że aż 60 proc. ludzi łamie prawo w ciągu roku od wyjścia z więzienia - mówi minister Clarke. Ten weteran brytyjskiej polityki, który więziennictwem zajmował się już 18 lat temu, w poprzednim rządzie torysów, stąpa jednak po grząskim gruncie. Forsowana przezeń filozofia stoi w sprzeczności z tradycyjnym podejściem Partii Konserwatywnej do resocjalizacji. Torysi hołdowali bowiem dotąd polityce "prison works", czyli więzienie przynosi rezultaty.
Zdaniem Clarke'a inwestycja w resocjalizację przyniesie spore oszczędności obciążonej ogromnym deficytem kasie państwa. Social Finance szacuje, że jeśli program się przyjmie i zostanie rozszerzony na całą Wielką Brytanię, a odsetek recydywistów uda się obniżyć o 20 proc., w ciągu pięciu lat można będzie zamknąć pięć więzień. To zaś przełoży się na oszczędności rzędu 62 mln funtów rocznie.
- To bardzo dobry projekt, który ma spore szanse na sukces - mówi "Gazecie" Jon Collins z Criminal Justice Alliance działającej na rzecz reformy brytyjskiego systemu sprawiedliwości. - Skoro zajmują się nim wyspecjalizowane organizacje, nie powinno być większych problemów, choć jak każda inwestycja i ta jest obciążona ryzykiem.
Kiedy pytam go, czy zainwestowałby sam w więzienne obligacje, odpowiada ze śmiechem: - Chciałbym mieć tyle pieniędzy, by inwestować. Dla mnie to inwestycja obarczona takim samym ryzykiem jak inne. Warta wyłożenia pieniędzy.