http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kicz nowych czasów

Tadeusz Sobolewski
2010-09-11, ostatnia aktualizacja 2010-09-12 19:46

W sobotę kończy się 67. festiwal w Wenecji. Czym zaskoczy werdykt Quentina Tarantino? Kto zdobędzie Złotego Lwa: Chińczyk, Chilijczyk, Hiszpan? Może Polak, którego film kojarzy się z rocznicą 11 września? Wszystko możliwe. Ale jakie to właściwie ma znaczenie?

Tadeusz Sobolewski
Tadeusz Sobolewski
W "La Repubblica" Natalia Aspesi pyta: - Jaki sens mają festiwale bez arcydzieł? Gdzie się podziewają nagradzane filmy? Kto je potem ogląda? Kto będzie mógł (i chciał) obejrzeć nagrodzonego Złota Palmą w Cannes tajlandzkiego "Wujaszka Boonmie"? W Wenecji zamknięto właśnie ostatnie kino studyjne. Włoskie kino rozpaczliwie walczy o widza. Dyrektor festiwalu Marco Mueller odpowiada: - Przyszłością dystrybucji filmów artystycznych jest internet.

Tradycją wielkich europejskich festiwali - Cannes, Berlina i usiłującej dotrzymać im kroku starej Wenecji - było odkrywanie filmów, o których potem mówił świat i które mówiły coś istotnego o człowieku w nowy sposób. Jeszcze kilkanaście lat temu takimi odkryciami były filmy Mike'a Leigh, braci Dardenne, Anga Lee - prawdziwe arcydzieła. Ale dawna rola festiwali jakby się wyczerpywała. Równocześnie dzieje się coś wewnątrz samego kina - zanika jego humanistyczny wymiar. Kino artystyczne, żeby być zauważone, używa coraz mocniejszych środków - tak w każdym razie można by sądzić po dziesięciodniowym weneckim maratonie.

Przyjeżdżam na wysepkę Lido, żeby dowiedzieć się o świecie czegoś, o czym i tak wiem z szybkich mediów i telewizyjnych dokumentów. Charakterystyczne, jak wiele fabuł, które tu oglądamy, ma naoczność dokumentu, odtwarza na zasadzie panoptikum realne sytuacje w skali 1:1: chiński obóz pracy, więzienie CIA, ugrofiński obrzęd żałobny, XIX-wieczny spektakl cyrkowy z "dziką" kobietą, sekcję zwłok.

Chwilami mam wrażenie, że uczestniczę w spotkaniu jakiejś gnostyckiej sekty. Kino przekonuje mnie codziennie, że świat jest zły, człowiek jest zły. Może to i dobrze - myślałem sobie - że tych filmów nikt nie ogląda, poza naszą garstką z wyspy Lido? Nie mają one znaczenia dla ludzi z weneckiej kawiarni przy San Stefano, gdzie jadam śniadania. I choć piszemy potem: "wstrząsające", "przekraczające granice", "obalające kolejne tabu", po młodej publiczności zapełniającej festiwalowe kina jakoś nie widać, żeby była wstrząśnięta. Jest przyzwyczajona do wstrząsów. One tworzą styl obecnej sztuki, zarówno "ambitnej", jak i "komercyjnej", stając się nowego rodzaju kiczem. Generalnie podoba się wszystko. Tylko na pokazach dla dziennikarzy słychać czasem gwizdy.

Przypomina się słynna scena z komedii Różewicza "Stara kobieta wysiaduje": Stara Kobieta siedzi w kawiarni i czyta gazetę. Pyta kelnera (cytuję z pamięci): Jak tam, mój drogi, świat znowu na krawędzi? Tak jest, łaskawa pani, na krawędzi! Śmieci całego świata zasypują kawiarnię, ale Stara Kobieta wciąż chce rodzić.

Pod koniec festiwalu obejrzeliśmy film, który był odwrotnością konkursowego czarnowidztwa - niemiecką komedię "3" Toma Tykwera. Z elementów, które gdzie indziej tworzyły wersję czarną, Tykwer układa komedię romantyczną nowego typu. Zaczyna od wewnętrznego monologu współczesnego everymana: co się składa na życie? Praca, seks, brak seksu, ciągła gonitwa, codzienna lektura "Süddeutsche Zeitung", dalsza gonitwa, wreszcie śmierć - i szlus. Jak możliwy jest happy end? Tykwer zaczyna swój film jak się należy - od szpitala, śmierci i zwłok. Umiera na raka matka bohatera, ale happy endem będzie fakt, że zyska "nieśmiertelność", oddając swoje ciało jako materiał do rzeźby.

Bohaterowi nie układa się z kobietą, z którą żyje od 20 lat - nie mogą lub nie chcą mieć dzieci, prowadzą w zasadzie osobne życie, niby ciekawe i barwne, tak jak barwny jest dzisiejszy Berlin ("3" mógłby służyć za reklamę), jednak puste. Naraz staje się cud. Urodzi się dziecko. Sprawcą cudu jest inny mężczyzna, który, nie wiedząc, z kim ma do czynienia, uwodzi, niezależnie od siebie, zarówno żonę, jak i męża. Jest przedstawiony jako człowiek nowej cywilizacji - wolny, niezaetykietowany, "nieskrępowany biologicznymi uwarunkowaniami". Naukowiec, badacz in vitro, zarazem artysta, sportsmen, karateka. To nic, że ma rodzinę. Odwiedza ją czasem, ale żona toleruje jego wyskoki: "Widzę, że jesteś zakochany?". Ten bezkonfliktowy obraz niemieckiego higienicznego, biseksualnego raju jest kiczowatą wersją "Teorematu" Pasoliniego - idealny kicz nowych czasów, w wersji "gemuetlich".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':