"To był bolesny wybór między prawami człowieka a bezpieczeństwem narodowym" - napisał sędzia Raymond C. Fisher w imieniu sześciorga sędziów, którzy w 11-osobowym federalnym sądzie apelacyjnym w San Francisco w nocy ze środy na czwartek czasu polskiego zagłosowali za odrzuceniem pozwu.
Pozew złożyli amerykańscy działacze praw człowieka. Wystąpili w imieniu pięciu mężczyzn zatrzymanych po zamachach 11 września pod zarzutem przynależności do Al-Kaidy i przewiezionych samolotami
CIA do różnych krajów. Tam mężczyźni - jak twierdzą - byli torturowani przez Amerykanów lub ich sojuszników. Dziś wszyscy są na wolności.
Pozew nie był skierowany ani przeciwko rządowi
USA, ani CIA, lecz przeciwko należącej do koncernu Boeing spółce Jeppesen Dataplan Inc. - właścicielowi niektórych samolotów używanych przez CIA do transportu więźniów.
Działacze praw człowieka uważali, że składając pozew przeciwko prywatnej spółce, mają większe szanse niż występując przeciwko rządowi. Rządowi prawnicy twierdzili, że proces doprowadzi do ujawnienia żywotnych tajemnic państwa, co zagrozi bezpieczeństwu Amerykanów i ich sojuszników.
W pierwszej instancji sąd uznał, że proces powinien się jednak odbyć. Tu walkę na argumenty przegrali prawnicy rządu George'a Busha. Jednak prawnicy nowego prezydenta Baracka Obamy złożyli apelację, używając tej samej argumentacji. I tym razem przekonali sędziów.
Podczas kampanii wyborczej Obama obiecywał zdecydowane rozliczenie bezprawnych działań podczas wojny z terroryzmem. Ale reprezentujący jego administrację prawnicy równie zdecydowanie co poprzednicy walczyli o zatrzymanie procesu. I wygrali.
„Musieliśmy znaleźć bardzo delikatną równowagę pomiędzy fundamentalnymi wartościami wolności, sprawiedliwości, przejrzystości, odpowiedzialności i bezpieczeństwa narodowego” - napisał w uzasadnieniu sędzia Fisher. „Chociaż jako sędziowie staramy się chronić
wszystkie [słowo te podkreślił sam sędzia] te wartości, to zdarzają się wyjątkowe sytuacje, kiedy między nimi zachodzi nierozwiązywalny konflikt”.
Niezależnie od tego, kto jest prezydentem, Biały Dom zawsze walczy w sądach o jak najszersze prawo do decydowania o tym, których informacji wyborcy poznawać nie powinni. Tu istotne jest, że przeciwko rozliczeniu programu tajnych więzień CIA opowiedział się
Barack Obama, ich wcześniejszy krytyk. I laureat pokojowej Nagrody Nobla.
- To smutny dzień nie tylko dla ofiar programu tortur George'a Busha, ale także dla tych Amerykanów, którym zależy na przestrzeganiu prawa i poprawie reputacji naszego kraju w oczach świata - powiedział dziennikarzom na schodach budynku sądu Ben Wizner, prawnik reprezentujący powodów.
Działacze praw człowieka chcą prosić o ostateczną decyzję
Sąd Najwyższy USA. To potrwa zapewne lata i nie jest pewne, czy sąd będzie się chciał tą sprawą zająć, bo może ją uznać za już rozstrzygniętą. - Wówczas będzie to oznaczać, że
Ameryka zamknęła swe sądy dla ofiar tortur i przyznała immunitet ich oprawcom - uważa Wizner.
Oburzenie prawnika, który przegrał sprawę, jest zrozumiałe. Ale gorzkie słowa sędziego Fishera oznaczają po prostu, że wojna z terroryzmem to sytuacja całkowicie dla demokratycznego państwa absolutnie nadzwyczajna. Sąd uznał, że tak jak w czasie wojny obywatele muszą tu zostawić władzom pewną swobodę działania. Nawet jeśli oznacza ona podejmowanie brutalnych, czasem błędnych decyzji.
Z tego powodu wyrok sądu w San Francisco jest ważny także dla Polski. I my zaczynamy się bowiem mierzyć z problemem udziału polskich polityków i służb specjalnych w sprawie tajnych więzień CIA. Argumenty sędziego Fishera i prawnika Wiznera równie dobrze mogłyby paść w polskim sądzie.
Świat widziany z wiecu wyborczego wygląda inaczej niż z Gabinetu Owalnego. To prawda obowiązująca nie tylko w USA. Szybko poznał ją Obama, który jako prezydent nie tylko utrzymał stworzony przez Busha system przewożenia po świecie więźniów CIA, ale także m.in. wielokrotnie nasilił kontrowersyjne naloty samolotów bezzałogowych na cele w Afganistanie i Pakistanie.