4 czerwca straż graniczna na Lotnisku Chopina w Warszawie zatrzymała Izraelczyka legitymującego się paszportem Uri Brodsky. Leciał z Wilna do Tel Awiwu. Taką osobę od kwietnia ścigała ENA (europejskim nakazem aresztowania) niemiecka prokuratura pod zarzutem fałszerstwa dokumentów i szpiegostwa przeciwko Republice Federalnej Niemiec. Tydzień później niemiecki tygodnik "Spiegel" ujawnił, że Brodsky to zakonspirowany w Niemczech agent Mossadu. Gazeta podała, że brał udział w przygotowaniach do zamachu na przywódcę Hamasu w styczniu 2010 r. w Dubaju.
Brodsky został wydany do Niemiec na początku sierpnia. Polski sąd nie zgodził się jednak, by był tam sądzony za szpiegostwo. Zarzucono mu jedynie fałszowanie dokumentów. Gdy Brodsky został przetransportowany do Niemiec, sąd natychmiast zwolnił go z aresztu za kaucją.
Tymczasem w Polsce jego historia się nie skończyła. Od momentu ujawnienia sprawy obrońca Izraelczyka mec. Krzysztof Stępiński podnosił, że naruszone zostało prawo. - Od chwili zatrzymania mego klienta do chwili, kiedy stanął przed sądem, minęło 50 godzin i 3 minuty - mówił. Według przepisów zatrzymany musi być przekazany sądowi z wnioskiem o aresztowanie najpóźniej w 48. godzinie.
- Sprawdzamy, czy nie doszło do przestępstwa niedopełnienia obowiązków. Czy ktoś powinien za to ponieść odpowiedzialność, a jeśli, to kto. Ściągamy dokumentację od straży granicznej, zaczynamy pierwsze przesłuchania - mówi nam prok. Renata Mazur, rzecznik praskiej prokuratury.
Źródło: Gazeta Wyborcza