http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wielki tydzień Henryki Krzywonos

Bożena Aksamit
2010-09-12, ostatnia aktualizacja 2010-09-09 10:33

Henryka Krzywonos-Strycharska podczas otwarcia po remoncie dawnej sali bhp na terenie Stoczni Gdańskiej
Henryka Krzywonos-Strycharska podczas otwarcia po remoncie dawnej sali bhp na terenie Stoczni Gdańskiej
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta

Nikt nie jest w stanie mi zamknąć gęby i otworzyć

- Sława to pięć minut, a później lata opluwania. A ja po prostu chciałam się upomnieć o kolegów
Fot. Damian Kramski
- Sława to pięć minut, a później lata opluwania. A ja po prostu chciałam się...
Jest późne popołudnie, poniedziałek 30 sierpnia. Mało kto z widzów kanałów informacyjnych - leci w nich relacja ze zjazdu "Solidarności" - kojarzy, kim jest potężna brunetka w szarej garsonce. Siedzi obok drobnego Tadeusza Mazowieckiego, a raczej dociska go biodrem.

Kamera co chwila przelatuje po znanych twarzach. Sprawdza, jak publiczność reaguje na przemówienie Jarosława Kaczyńskiego. Nagle sąsiadka Mazowieckiego znika. Operator wyłapuje ją przy scenie z rękami zaplecionymi na brzuchu. Gdy ustają owacje dla prezesa PiS, o 17.45 bierze mikrofon i zaczyna niskim, mocnym głosem.

- Henryka Krzywonos-Strycharska. Jestem sygnatariuszem Porozumień Sierpniowych, to ja zatrzymałam komunikację w Gdańsku. Słucham tak pana prezesa i - powiem szczerze, jestem zwykłą kobietą, więc jakbym miała was obrazić, to z góry przepraszam - krew mnie jaśnista zalewa. Bo przecież obraża tu nas wszystkich.

Delegaci zaczynają buczeć.

- Momencik, ja powiem, wtedy będziecie gwizdać. Słowo "Solidarność" zobowiązuje, co myśmy sobie wywalczyli po 30 latach. Gwizdy, nieszanowanie ludzi. W Polsce powinniśmy wszystkich szanować.

- A kto nas szanuje?! - krzyczy ktoś z sali.

- Ja was wszystkich szanuję. Panie prezesie, bardzo pana proszę, żeby pan nie buntował ludzi przeciwko sobie. Nie wiem, co panu się stało...

Do Henryki ciągle ktoś podchodzi.

- Gratuluję - mówi prof. Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

- Henia, dobrze, że się w końcu to stało - przychodzą koledzy z tej pierwszej "Solidarności", których zna już 30 lat, i delegaci na zjazd. Obcy i znajomi. - Pani Henryko, w końcu ktoś to powiedział.

Pojawia się Andrzej Jaworski, poseł PiS, prezes Stoczni Gdańsk za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Jest na nią wściekły. Kłócą się.

- Powinnaś się wstydzić.

- Powiedział do mnie: "Ty głupia krowo" - chwilę później Henryka powie do kamery TVN 24.

Dom

Wie, że musi szybko wracać do domu - rano o 5.40 leci do Warszawy, ale ciągle ktoś podchodzi, chce rozmawiać. Trzeba się pożegnać z kolegami. Do Glińcza dojeżdża już po zmroku.

Glińcz to kaszubska wieś, kilkanaście kilometrów za Gdańskiem. Przeprowadziła się tu dopiero półtora roku temu, choć dom wybudowali dawno. Nie mogli tam być na stałe, bo dzieci "należały" do Gdańska i musiały tam mieszkać - od 1994 roku Henryka i Krzysztof prowadzili rodzinny dom dziecka. Sieroty, tak jak bezdomni, muszą żyć tam, gdzie mają meldunek, to gwarantuje im darmową opiekę.

Pierwsze dziecko, Agnieszkę, Strycharscy adoptowali w 1986 roku, tuż po swoim ślubie. Potem był Janek, syn zmarłej sąsiadki. Kolejna pojawiła się Ola. Gdy przyjechała, poprosili, żeby o sobie coś opowiedziała. "Jestem zła, kradnę i kłamię, lepiej, żeby mnie nie było". Myślała, że całe zło przez nią. Tak ich tym wzruszyła, że zdecydowali się od razu. Gdy otwierali dom dziecka, Krzysztof znalazł pięcioro rodzeństwa. Sabina miała siedem lat, Marlena pięć, Sylwia cztery, Patrycja trzy, a najmłodszy Łukasz - dwa latka. Był grudzień 1994 roku. Pierwsze wspólne święta były okropne. Każde dziecko dostało pod choinkę paczkę, a w niej słodycze. Nowe dzieci wszystkiego chciały spróbować od razu, jakby się bały, że to wszystko zniknie. Żołądki nie wytrzymały. Henryka całą noc biegała i zmieniała pościel. Tej pierwszej nocy myślała: "Mój Boże, co ja narobiłam".

Było ciężko nie tylko dlatego, że dzieci przyszły ze wszystkimi możliwymi traumami, że miały chorobę sierocą, że jedno się okaleczało. Czasami brakowało po prostu kasy.

W pewnym momencie obcięli im pieniądze o połowę. Kiedy wszystko się rwało, Henryka i Krzysztof byli pewni, że dzieci nie oddadzą, najwyżej zostaną klientami MOPS-u. Gdy poprawiło się z finansami, wzięli najstarszą siostrę rodzeństwa, 15-letnią Monikę, która miała inne nazwisko i była rozdzielona z rodzeństwem. Do tego dwóch chłopców, braci Tomka i Przemka.

Dziś w domu zostali już tylko oni, Henryka od dwóch lat jest na emeryturze. Tomek studiuje, o trzy lata młodszy Przemek właśnie idzie do zawodówki samochodowej. Dom dziecka na gdańskiej Zaspie, po skończeniu pedagogiki, przejęła Ola. Rodzice próbowali ją zniechęcać, a Krzysiek wprost się nie zgodził. Gdy w złości powiedział do niej: "Co ty chcesz zrobić! Przecież wiesz, jaki to ciężki chleb!", usłyszał: "Kiedyś, tato, coś od was dostałam. Teraz chciałabym zwrócić dług".

Źródło: Duży Format
  • 47 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    115 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':