Specjalistyczny ośrodek onkologiczny jest w każdym województwie, ale i tak wielu chorych z całej Polski przyjeżdża do Warszawy. Namawiają ich do tego sami lekarze, sugerują znajomi, podpowiadają internauci na forach - jedź, bo tam są najlepsi specjaliści.
Pierwsze zaskoczenie pacjent przeżywa już o godz. 6 rano na szpitalnym parkingu. Nie ma wolnych miejsc - trzeba objechać pobliskie osiedle bloków z wielkiej płyty. Przychodnia przystosowana jest na 250-300 pacjentów dziennie, a przychodzi nawet ponad tysiąc. Każdy z lekarzy przyjmuje po 50 osób dziennie. Jeśli chcieliby zbadać pacjentów dokładnie, powinni mieć ich o połowę mniej. Warszawskie Amazonki na konferencji prasowej w lipcu zapraszały na szkolenie: "Jak opowiedzieć lekarzowi o chorobie w pięć minut". Bo tyle zwykle lekarz ma dla pacjenta z nowotworem.
Niech pani jedzie do stolicy Towarzyszymy Dorocie - fizjoterapeutce z Wrocławia. Pracuje w jednym z dolnośląskich szpitali, który regularnie wysyła ją na badania profilaktyczne - cytologię i mammografię. Podczas ostatniej wizyty lekarka wykryła u niej niepokojący guzek w lewej piersi. Nie postawiła diagnozy: - Niech pani lepiej pojedzie do Warszawy i to sprawdzi - powiedziała.
Dorota wyruszyła jeszcze tego samego dnia. O piątej nad ranem stanęła przed obskurnym blokiem osławionego Centrum Onkologii. Nie była pierwsza w przychodni, kolejka rosła już od godz. 3.
W łazience szybka toaleta - pierwszy punkt pacjentów "po pociągu". - Kurczę, ręce lepiej było jednak umyć na dworcu - mówi. Straszny odór, na podłodze rozwleczony papier, przepełnione śmietniki. Czy ktoś tu od wczoraj sprzątał?
Rejestracja rusza o godz. 7, kiedy w poczekalni jest już solidny młyn. Pacjenci zajęli nieliczne plastikowe krzesełka. Dorota stoi. Nie ma zapisów na telefon, nie ma spotkań na wyznaczoną godzinę. Wszyscy przychodzą naraz. Nazwiska pacjentów są potem wyczytywane na głos z drzwi gabinetu.
Po godz. 8 Dorota dobija się do rejestracji. Cudem zdobywa ostatni dziś numerek. - Chwila później i musiałabym wrócić do Wrocławia.
Teraz zostało jej już "tylko" w kłębowisku ludzi odnaleźć właściwy gabinet. Kolejne wyzwanie: - Gdzie do licha kończy się kolejka? Do gabinetu kilkadziesiąt innych osób.
- Wiem od koleżanki, że w Centrum Onkologii we Wrocławiu przyjezdni kierowani są do specjalnej kolejki, żeby krócej czekali - szepcze Dorota i próbuje się przebić przez tłum. Gdy pyta o to na głos, sypią się kąśliwe komentarze, a starszy mężczyzna wybucha: - Bez żartów, paniusiu, my tu wszyscy nie z Warszawy.
- Będę już cicho - postanawia Dorota.
Poczekalnia dla ludzi o silnych nerwach W swych wyborach jest wyjątkowo demokratyczny - tak się mówi o raku, dopada biednych, bogatych, starych i młodych . To widać tu, w poczekalni - o ścianę opiera się 30-latek, któremu błyszczy sprzączka paska Dolce-Gabbana. Tuż obok skromna staruszka z chustą na głowie. Nastolatka do poczekalni na noszach przynieśli sanitariusze.
- Bywam tu regularnie i wiem, że lepiej, jak z chorym ktoś przyjdzie, choćby sąsiad - zagaduje sanitariusz.
- No tak, podtrzyma na duchu - domyślamy się.
- Nie, chodzi o to, że człowiek może w ogóle wyjść do toalety lub coś zjeść. Jak jest sam i wyjdzie z kolejki, to wie pan, różnie bywa. Jak go akurat wtedy wyczytają, to do widzenia, wchodzi ktoś inny. Nikt już pana dziś do kolejki nie wpuści.
Odszukujemy bufet - nieduże pomieszczenie, osiem wiecznie zajętych stolików. W menu - pączki, drożdżówki, kefir, sałatka śledziowa. Na ciepło jajecznica,
bigos i flaki. Czy to jest dieta dla pacjentów po chemii?!
Dorota nadal w kolejce. - Ci ludzie się tu tylko straszą. Właśnie ktoś puścił w obieg, że lekarz taki a taki jest fatalny, że nie leczy, tylko szuka nietypowych przypadków, bo pisze habilitację. Nie mogę tego słuchać! - mówi.
Jednej kobiecie w kolejce drży broda. Nagle odwraca się i wychodzi. Doganiamy ją na parkingu. - Nie jestem tu pierwszy raz, a to jest dla mnie nadal zbyt trudne. Zdrowym trudno to zrozumieć, ale my - chorzy na raka - musimy się godzić na te upokorzenia w przychodni, na ten ścisk i godziny wyczekiwania. Tylko dlatego, że nie mamy wyjścia. Nikt się dyrekcji szpitala nie postawi, bo kto go potem wyleczy - żali się.
Dorota po sześciu godzinach(!) doczekała się konsultacji. Z gabinetu wychodzi siedem minut później. Diagnoza:
rak piersi. Nie chce rozmawiać.