Dziś jest bardzo źle. Wiedzą o tym najlepiej kobiety - to one najczęściej zajmują się niesamodzielnymi. Oto pani Barbara Jackiewicz, warszawianka, wykształcona. Rzuciła pracę, gdy 25 lat temu jej syna dopadła choroba. Zwykła odra, przyszły powikłania, skończyło się śpiączką. Dramat samotnego zmagania się rodziny z chorobą trwa do dziś, tyle że w zeszłym roku okazało się, że pani Barbara z powodu choroby kręgosłupa nie daje rady 24 godziny opiekować się bezwładnym dorosłym mężczyzną. Dziś dojeżdża do niego do zakładu opiekuńczego w Toruniu - w Warszawie nie ma dla niego miejsca.
Barbara Jackiewicz na pytanie, co czuje, najczęściej odpowiada: bezradność. Bo ludzi w takiej sytuacji polskie państwo zostawia samych z ochłapem niecałych 200 zł.
- Jeśli państwo odbiera chorym prawo do godnego życia, niech pozwoli na eutanazję - mówi Barbara Jackiewicz.
Polacy w większości nie akceptują eutanazji, więc pozostaje zapewnienie niesamodzielnym prawa do godnego życia. To zresztą ich konstytucyjne prawo.
Porzućmy jednak złudzenia. Na reformę opieki nie ma pieniędzy w budżecie. Powszechne ubezpieczenie to jedyne wyjście, sprawdzone zresztą choćby w Niemczech. Nasza zgoda na nie będzie dowodem, że jesteśmy solidarnym, zdolnym do empatii społeczeństwem. Optymizm budzi fakt, że zarówno PO, jak i
PiS aprobują ten pomysł.
Trzeba zrobić to jak najszybciej. Pewnie będzie trzeba pójść krok dalej i stworzyć niezależną od
ZUS i mającego powstać Funduszu Usług Opiekuńczych instytucję sprawdzającą, czy nasze składki nie są marnotrawione.
Ale najlepsza byłaby umowa między nami i politykami: zgadzamy się na ubezpieczenie, ale nas nie zawiedźcie. W końcu ryzyko niesamodzielności wynosi 50 proc. Na polityka też może trafić.