Imprezę, która w sobotę ma się odbyć w Będzinie, ostro skrytykował m.in. Jarosław J. Szczepański, prezes Żydowskiego Związku Stowarzyszeń Humanitarnych B'nai B'rith Polin.
Rozmowa z Adamem Szydłowskim pomysłodawcą i organizatorem inscenizacji przedstawiającej likwidację będzińskiego getta
Anna Malinowska: Opisaliśmy pomysł inscenizacji i posypały się głosy krytyki. Adam Szydłowski: Miałem dobre intencje. Od lat współpracuję z byłymi mieszkańcami Będzina mieszkającymi w Izraelu, ich potomkami i rodzinami. W czasie PRL-u o żydowskiej historii miasta nie mówiło się wcale. Staram się wypełniać tę lukę. Szukam dokumentów, razem z innymi organizacjami i stowarzyszeniami w mieście znakujemy miejsca pamięci, wydajemy książki, organizujemy spotkania. Dzięki nam powstał pomnik Bohaterów Getta Będzińskiego. Inscenizacja miała być lekcją dla młodzieży.
Zdecydował się pan jednak zmienić scenariusz inscenizacji? - Wolę teraz używać określenia spektakl plenerowy. Udział w nim wezmą profesjonalni aktorzy z Teatru Preventorium. Zagrają też dorośli. Jeśli wystąpi młodzież z
gimnazjum i szkół licealnych, to tylko i wyłącznie za zgodą rodziców. Przed spektaklem zostanie wyświetlony film dokumentalny nakręcony przez Niemców w getcie. Pokazana zostanie scena z życia w getcie. Następnie odtworzymy scenę obrony bunkra. To ważny moment, istotny dla pokazania, że w getcie był ruch oporu, a mieszkańcy nie poddali się bez walki. Następnie pokażemy wejście wojsk niemieckich i wyjście mieszkańców z getta. Podkreślam: wyjście. Bez strzałów, szarpaniny i scen drastycznych.
Nie myślał pan, żeby odwołać spektakl? - Nie, bo słowa krytyki płyną od osób, które nie znają scenariusza i historii Będzina. Nie wiedzą, co się teraz dzieje w mieście, jak wyglądają nasze stosunki z Izraelem. Wiążące są dla mnie słowa i opinie osób, które przeżyły piekło Holocaustu, byłych mieszkańców. Oni nie mają nic przeciwko spektaklowi.