Polska się starzeje - a średni wiek czytelników gazet rośnie pewnie jeszcze szybciej (bo młodsi czytają już w internecie). Na dzisiejszych czołówkach dużo o emeryturach i zabezpieczeniu na starość. O "Procencie na starość"
pisze "Gazeta". W nieco innym duchu przedstawia ten sam projekt - czyli wprowadzenie podatku, który finansowałby opiekę dla starych i niedołężnych Polaków - "Super Express":
"Senatorzy PO chcą obciąć nam pensje". I tam same negatywne opinie: "Nowa składka ubezpieczeniowa, a w zasadzie nowy podatek oznacza kolejne podwyższanie kosztów pracy. Na pewno nie spotka się z dobrym przyjęciem ani ze strony pracowników, ani pracodawców" - komentuje w "SE" ekonomista Marek Zuber.
Mam z propozycją rządową inny problem: jakość usług zapewnianych przez nasze państwo jest zazwyczaj mizerna. Dlaczego mam się spodziewać, że "opieka" nad starymi ludźmi będzie działała lepiej niż działa dziś służba zdrowia albo policja? Mógłbym zaakceptować dodatkowy podatek - nie jestem ideologicznym przeciwnikiem podatków - gdybym ufał w sprawność mojego państwa: skoro uważam, że działa źle, wolę, żeby zostawiło mi jak najwięcej pieniędzy w kieszeni.
A że działa źle - przykładów w dzisiejszych gazetach aż nadto. "Święte krowy chcą więcej z budżetu" -
pisze "Dziennik Gazeta Prawna", który zrobił przegląd instytucji państwowych domagających się znaczącego wzrostu wydatków. Przypomnijmy: mamy spowolnienie gospodarcze, gigantyczny deficyt budżetowy itd. Tymczasem Państwowa Inspekcja Pracy życzy sobie 40 mln zł więcej (wzrost o 14,8 proc.),
Najwyższa Izba Kontroli - 33 mln zł (13,6 proc.), a
Instytut Pamięci Narodowej - 28 mln zł (12,7 proc.). To tylko początek, bo np. Kancelaria Prezydenta chce o 7,1 proc. więcej pieniędzy niż w zeszłym roku, i to mimo zapowiadanej przez nowego gospodarza redukcji zatrudnienia! Każda z tych instytucji oczywiście twierdzi, że pieniądze są jej niezbędnie potrzebne -
NIK np. potrzebuje nowego systemu informatycznego.
Nie wierzę, że możliwe jest państwo i tanie i sprawne, na razie mamy i drogie i niesprawne - i nie sądzę, że jeśli damy urzędnikom więcej pieniędzy, zaczną nagle pracować lepiej. Defekt leży nie w braku pieniędzy, ale w fatalnej organizacji i mentalnym podejściu do zawodu (w prywatnym biznesie nazywa się to "kulturą korporacyjną"): można podejrzewać, że wprowadzenie nowego podatku "opiekuńczego" spowoduje powstanie kolejnego centralnego urzędu, z własną siedzibą, budżetem, etatami itd., który - oczywiście - co roku będzie się ubiegał o większe środki z budżetu na "absolutnie niezbędne" inwestycje.
Kolejna dobra wiadomość: zapowiadane cięcie zatrudnienia w administracji okaże się prawdopodobnie nierealne. Jak wiemy od niedawna, w czasie rządów koalicji PO-
PSL zatrudnienie w administracji wzrosło o kilkadziesiąt tysięcy etatów, a rząd miał duże kłopoty z określeniem, czym się ci nowi urzędnicy zajmują. Ogłoszono zatem redukcję, ale natychmiast zaczęły się protesty w administracji - bo każdy urzędnik sądzi, że jest niezbędny i że bez niego Polska się zawali. Echem tego jest
dzisiejsza publikacja w "Naszym Dzienniku", który zapytał polityków, czy kryteria zwalniania urzędników nie będą - aby - polityczne. "Cięcie gilotyną urzędników po równo może okazać się nie tylko niesprawiedliwe, ale też może negatywnie odbić się na pracy tych urzędów, które mają stan etatowy dopasowany do wykonywanych zadań" - ostrzega poseł Artur Górski z
PiS.
Króciutka dygresja: doceńmy urodę języka posła Górskiego! "Cięcie gilotyną urzędników po równo" - czyż to nie jest pięknie powiedziane? Poseł Górski - jak informuje "ND" - ma nawet doktorat, co prawda nie z polonistyki, ale z politologii, ale jednak jest humanistą. I teraz zagadka: na jakiej to uczelni można dostać doktorat mówiąc tak pięknie po polskiemu?
Budżet: mniej na socjałWróćmy do oszczędzania: rząd robi to w sposób dla nas typowy - czyli zabiera najsłabszym. W "Dzienniku Gazecie Prawnej" czytamy, że rząd przygotowując oszczędnościowy budżet na 2011 r. Wydatki socjalne spadną o 5 mld zł. "Cięcia nie dotkną tych, którzy mają mocne poparcie polityczne czy dobrze zorganizowane związki zawodowe. Uderzą w rodziny, bezrobotnych i w osoby otrzymujące zasiłki po zmarłych" - podsumowuje w "DGP" Bartosz Marczuk.
Swojego kawałka budżetu bronią ci, którzy się potrafią zorganizować. Ten morał trafił do policjantów, którzy w internetowym (na razie) apelu do premiera protestują przeciwko oszczędnościom i zamrażaniu płac - sfrustrowani tym, że od dwóch lat ich pensje "stoją w miejscu".
Pisze o tym "Rzeczpospolita" : "Co tak wzburzyło policjantów? Wypominają Tuskowi obietnice, że "dobrze zarabiający policjanci strzec będą naszego bezpieczeństwa" . Składał je m.in. podczas ubiegłorocznego święta policji. "Wielu z nas pokładało w Panu i Pańskim rządzie nadzieje na lepsze jutro, ale (..) działania i zapowiedzi ministra finansów zupełnie rozbiegają się z tym, o czym Pan wówczas mówił" - wytykają policjanci".
Co Krasnodębski zatruwaŻeby nie było tak smutno - na zakończenie coś na deser dla znawców polskiego życia intelektualnego. W "Rzeczpospolitej"
wymiana listów pomiędzy Stefanem Dietrichem, szefem działu krajowego "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (a więc jedną z najważniejszych osób w jednej z najważniejszych europejskich gazet) a red. Dominikiem Zdortem, szefem działu opinii "Rzepy". Poszło o profesora Krasnodębskiego, pracującego w Niemczech socjologa z publicystycznym zacięciem, który nieustająco ostrzega Polaków (z wyżyn katedry na Uniwersytecie w Bremie) przed demonem niemieckiego nacjonalizmu. Dietrich: "Pan profesor Krasnodębski pisze, zgodnie z prawdą, że spotkał mnie kilka lat temu na sympozjum w Monachium. tyle że przedstawiona treść naszej rozmowy jest fikcyjna. Zarzucałem mu wtedy, że zatruwa swoją publicystyką stosunki niemiecko-polskie. Pod tym względem nic się nie zmieniło po dzień dzisiejszy".
Co na ten zarzut - że Krasnodębski po prostu nakłamał - odpowiada Zdort? "Od czasów odzyskania niepodległości polscy dziennikarze mogą publikować i pisać artykuły bez zabiegania o wyrozumienie redaktorów z innych krajów".
Ha! Ale Niemcowi przygadał! W patriotycznej, polskiej gazecie będziemy zmyślać, ile się da. I nikt nam w tym nie przeszkodzi. W końcu jesteśmy u siebie, prawda?