Aleksandra Klich: Co pan pomyślał, gdy premier ogłosił ostatnio, że nie warto przeprowadzać bolesnych reform z nadzieją, że kiedyś komuś będzie żyło się lepiej? Że rząd jest od tego, żeby ludziom żyło się jak najlżej, nie jak najciężej? Tomasz Szlendak: Zdziwiłem się. Pomyślałem: oto słowa mężczyzny śmiech. Bo to głównie mężczyźni mają skłonność do skupiania się na teraźniejszości, karierze i na aktualnie zarabianych pieniądzach, nie myśląc specjalnie o tym, co będzie dalej, za lat dziesięć na przykład.
Kobiety mają silniejszą tendencję do myślenia o przyszłości. W większym stopniu starają się w nią inwestować - przyszłość swoją, swojej rodziny, dzieci, nawet wnuków.
Co ta zmiana optyki ma wspólnego z tym, co pan zdiagnozował jako konsumpcjonizm, który opanował nasze życie? Może rzeczywiście pokolenie 30-40-letnich Polaków nie chce już czekać na lepszy czas? Chcą, by żyło im się wyłącznie dobrze tu i teraz? - Pozornie tak to wygląda. Chcemy wyposażyć się w maksymalną pulę gadżetów, jak najwygodniej urządzić sobie życie, błyskawicznie zasypać przepaść konsumpcyjną, która dzieli nas od, na przykład, takich Niemiec. Wydajemy dużo, zatem dużo pożyczamy. Kredyty konsumpcyjne ciągle w Polsce nie tracą specjalnie na popularności.
Jednak największy wzrost postawy konsumpcyjnej i konsumpcyjnego traktowania świata - ten z lat 2002-08 - chyba jest już za nami. Dziś mamy zupełnie inną sytuację: bieżąca konsumpcja wielu ludziom się w dużej mierze przejada.
Podam pani przykład. Niedawno pewna dziennikarka zapytała mnie, dlaczego ludzie nie chcą oglądać polskich komedii romantycznych? Czy dlatego, że znudziły nam się sercowe perypetie ich bohaterów? Otóż moim zdaniem nie. Nie ma to nic wspólnego ze znudzeniem miłosną romantyką. Przejadł się nam za to świat przedstawiony w tych filmach: Warszawa niczym Manhattan, szklane wieżowce, elegancko ubrani ludzie i luksusowe samochody.
Jeszcze kilka lat temu oglądaliśmy ten świat, aspirując do niego, marząc o nim. Dziś średnia klasa, czyli potencjalni odbiorcy tych filmów, już w nim w dużym stopniu żyje. Ludzie z większych miast mają coraz lepsze samochody, panowie marynarki Vistuli na plecach, a nie tureckie swetry, panie eleganckie sukienki.
Nie chcemy zatem już oglądać tego, co mamy, uprzyjemniać sobie życia tym, co kupione, nabyte, przetrawione po wielokroć, co stało się naszą codziennością. Znudziliśmy się tym.
Dlatego myślę, że premier w dużym stopniu przestrzelił, mając w pamięci nasze potrzeby konsumpcyjne. Mówiąc o aspiracjach, pragnieniach i marzeniach Polaków, premier odniósł się wyłącznie do pragnień zlokalizowanych wokół zawartości naszych portfeli. Skoro już coś w nich mamy, to tym się głównie zajmijmy.
Tymczasem ludzie, którzy mają coś w portfelu, wcale nie muszą koniecznie chcieć skupiać się na wydawaniu tego czegoś tu i teraz. Oni mogą mieć zupełnie inne pragnienia, zupełnie inne aspiracje. Mogą coraz częściej myśleć o przyszłości. Własnej, rodziny, nas wszystkich. I coraz więcej Polaków tak właśnie robi.
Ale przyzna pan, że nie chcemy już zaciskać pasa. A to zaciskanie w imię wyimaginowanego przyszłego dobrobytu było fundamentem myślenia polskiej inteligencji. Dziś nie rozumiemy, dlaczego dla dobra abstrakcyjnej przyszłości mamy rezygnować z samochodu albo wakacji. Na naszych oczach inteligencki etos odchodzi w przeszłość? - Taki dziewiętnastowieczny etos już oczywiście dawno nie istnieje. To już historia, bo zmienił się nasz kraj i my sami. Ale to nie znaczy, że żyjemy tylko teraźniejszością, że przyszłość nas zupełnie nie obchodzi. Że jesteśmy nieodpowiedzialnymi egoistami. Myślimy o przyszłości, ale inaczej niż kiedyś. Przestała być dla nas wielką niewiadomą, patrzymy na nią trochę w kategoriach firmy ubezpieczeniowej. Dzielimy przyszłość na odcinki, kolonizujemy, pacyfikujemy. Zabezpieczamy ją sobie. Bez strachu, na trzeźwo, rozsądnie.
Spełniamy wiele swoich konsumpcyjnych zachcianek - to prawda - ale jednocześnie, mając rodziny i jakieś pieniądze do odłożenia, bardzo intensywnie myślimy o funduszach inwestycyjnych, ubezpieczeniach, akcjach, lokatach.
Proszę spojrzeć, jak wielu Polaków i jak ogromne pieniądze wkłada w edukację dzieci, ile jesteśmy w stanie wydać na różnego typu szkoły. To przecież kolosalne inwestycje w przyszłość. Czy te inwestycje w dzieci świadczą o braku myślenia o przyszłości?
Hedoniści, który zajmują się tylko sobą, nie byliby skłonni do takich poświęceń. Czy wszyscy Polacy są niepracującymi, pozostającymi na garnuszku mamusi, hedonistycznymi singlami nieobarczonymi dziećmi i obowiązkami wobec innych? Przecież wielu z nas świetnie rozumie, że dobra teraźniejszość to również spokojne planowanie przyszłości.
Bardziej swojej i swoich dzieci niż społeczeństwa i państwa? Podobno jesteśmy w coraz większym stopniu egoistami... - Myślenie o przyszłości edukacyjnej dzieci przekłada się na przyszłość społeczeństwa i państwa. Byłbym więc daleki od oskarżania Polaków o egoizm, choć faktycznie myślimy raczej w kategoriach przyszłości najbliższych, a nie na przykład mieszkańców tego samego osiedla czy miasta.
Ale ponoć nie chcemy reform, bo mogą boleć. Skoro więc mamy wzrost gospodarczy to - jak powiedział "Gazecie" prezydent Komorowski - niektóre, te najbardziej bolesne, możemy sobie odpuścić. Popuśćmy pasa? - Kraje znacznie bardziej od nas zaawansowane na kapitalistycznej drodze, mające za sobą doświadczenia z większym niż my wzrostem gospodarczym, zmieniają się:
Francja,
Włochy,
Hiszpania. Bo społeczeństwa, by lepiej żyć, a nawet by jako tako funkcjonować, muszą się reformować non stop, nieustannie. Musimy pędzić do przodu, żeby w dobrej kondycji stać w miejscu. Musimy myśleć o scenariuszach przyszłości, żeby teraźniejszość była jako tako poukładana i przyjazna.