Zdaniem prezesa
PiS "ci, którzy pomniejszają rolę Lecha Kaczyńskiego", boją się, że w obliczu nieuchronnej kompromitacji Lecha Wałęsy to on stanie się "symbolicznym patronem ruchu solidarnościowego". W tym Kaczyński widzi niechęć do upamiętnienia jego brata. Prezes PiS twierdzi, że kolejne książki o tym, co naprawdę robił
Lech Wałęsa, to tylko kwestia czasu. Jednak - jak podkreśla - obecnie PO robi wszystko, "byle tylko zniszczyć pamięć o tragicznie zmarłym prezydencie".
Według Kaczyńskiego dorobek jego brata jest niepowtarzalny, ale Polska, która go uczci, "nie będzie Polską, której oni chcą". "Tak jak Piłsudski nie mógł być symbolem PRL. Tak samo
Lech Kaczyński - przy całej nieporównywalności postaci - nie może być symbolem kondominium rosyjsko-niemieckiego w Polsce".
Kaczyński przewiduje, że budowana przez nich konstrukcja "lukrująca" postać Lecha Wałęsy" rozsypie się jak domek z kart dzięki rzetelnej pracy historycznej i kolejnym książkom. A dziś według niego w Polsce "dopuszczana jest tylko lukrowana, hagiograficzna opowieść o naszej najnowszej historii."
"Krzywonos przykrywką dla agresywnego wystąpienia Tuska" Wraca też do wystąpienia Henryki Krzywonos podczas uroczystych obchodów 30. rocznicy Solidarności. Jego zdaniem było ono zaplanowane przed zjazdem związku. - Donald Tusk nie mógł nie przyjąć zaproszenia na to spotkanie. Musiał przyjechać, jednak miał świadomość, iż nikt go nie powita owacjami. Dlatego istniała potrzeba przykrycia jego agresywnego wystąpienia i wygwizdania przez związkowców jakimś wydarzeniem, które przy okazji uderzy we mnie. Taka jest - w mojej ocenie - geneza wejścia na scenę pani Krzywonos. Bez względu na to, co bym powiedział, jej reakcja byłaby taka sama. Widziałem zresztą, iż wstała wcześniej, niż ja powiedziałem to, co rzekomo ją tak zdenerwowało - mówi "GP".
O przemówieniu premiera mówi: - Oskarżał wszystkich o rozbicie jedności związku, roztrwonienie jego potencjału - co to miało wspólnego z prawdą o historii najnowszej "Solidarności"? Nic. Ale to bez znaczenia. Tusk mówił to do najbardziej naiwnej części swego elektoratu, ludzi, którzy zaiste oceniają świat poprzez jednostkowe obrazy, bo nie mają chęci do głębszej analizy.
I powraca do roli swojego brata podczas strajku sierpniowego. - Leszek rzeczywiście nie był na całym strajku, ale nigdy nie twierdził, iż był. Był obecny w drugiej fazie, i tę obecność można liczyć w dniach, a nie w godzinach. To wynikało z dwóch powodów. Po pierwsze, otrzymał zadanie rozmów z negocjatorami. Miał ku temu predyspozycje, przede wszystkim jako świetny prawnik, zresztą napisał część porozumienia. A po drugie - brat był wówczas w zupełnie wyjątkowej sytuacji rodzinnej. Marta była maleńka, a Marylka bardzo bała się zostać sama. Mimo to zaangażował się tak, jak tylko mógł, i jego rola jest nie do pominięcia. Wszyscy, którzy twierdzą, iż było inaczej, zwyczajnie kłamią - uważa Kaczyński.
Za napady na Krakowskim Przedmieściu odpowiada Tusk Lider PiS, który nieustannie powtarza, że jego partia nie miesza się w sprawę krzyża przed Pałacem Prezydenckim, po raz kolejny za to bardzo chętnie to komentuje i wskazuje winnych. Jego zdaniem polski rząd i władze Warszawy swoją biernością zachęciły "pijane hordy", aby rzucały się na tak zwanych obrońców krzyża, gdzie "profanowały znaki pamięci i portrety ofiar katastrofy". - Jestem pewien, że decyzja o tolerowaniu łamania prawa wobec obrońców krzyża nie została podjęta w policji. Nawet nie w
MSWiA. Odpowiedzialność za napady na Krakowskim Przedmieściu spada na szefa rządu. Mam nadzieję, że odpowiedzialni za to poniosą konsekwencje na sali sądowej bez względu na to jak wysokie stanowiska sprawują - mówi.
Żałuje, że ksiądz biskup
Tadeusz Pieronek "nie objął troską bezbronnych ludzi atakowanych przez zdziczałe grupy napastników na oczach stróżów prawa". -To jest lumpenproletaryzacja polskiego życia publicznego i tylko okupanci, albo zaborcy mogliby sobie tego życzyć - mówi.