Jerzy Fiszebrandt, właściciel siedmiu hurtowni papierosów na południu kraju. Postawny, silny mężczyzna. Wyciąga opasłe tomy kopii
policyjnych i prokuratorskich akt. Dotyczą podpaleń i włamań w oddziałach jego firmy. Gróźb pod jego adresem. Na wszystkich napis: "Umorzone".
Płonie Andrychów. Procesowo wszystko gra Sierpień 2008 r. W andrychowskiej hurtowni włączają się czujniki dymu. Ogień udaje się ugasić. W październiku znów pożar. Czujniki zawodzą. Straty - milion złotych.
Dwa dni później telefon. Fiszebrandt słyszy: - To dopiero początek, k... jebana!
Rzeczywiście. Kilkanaście dni później włamanie do hurtowni w Mysłowicach. Dzień później kradzież gotówki z jego samochodu.
Jerzy Utrata, prokurator rejonowy w Wadowicach: - W październiku 2008 r. przesłuchaliśmy prawie trzydzieści osób. Sprawdziliśmy zapis monitoringu szkoły znajdującej się naprzeciwko. Zwróciliśmy się o nagrania ze stacji benzynowych. Wszystkie osoby, które tego dnia napełniały kanistry benzyną, miały alibi. W sensie procesowym zrobiliśmy wszystko.
Fiszebrandt domyśla się, kto może stać za podpaleniami. Kilka lat temu zatrudnił Krzysztofa K. Znał go od lat. Ufał do czasu, gdy wykrył, że w kasie brakuje 700 tys. zł.
- Przyznał się. Mówił, że ma długi. Podpisał oświadczenie, że wyprowadził gotówkę i zobowiązał się ją zwrócić do 31 stycznia 2006 r. - wyrzuca z siebie biznesmen.
Termin minął, ale pieniędzy nie było. Fiszebrandt poszedł do prokuratury.
- Miesiąc później, dzień po dniu włamano się do kolejnych hurtowni - opowiada. Doszło też do trzeciego podpalenia w Andrychowie. - I to dokładnie w dniu, w którym kończyła się polisa - zaznacza biznesmen. - Nie miałem wątpliwości, że zleca to osoba wtajemniczona w sprawy firmy.
Odpuść albo kula w łeb. Spraw nie łączymy Marzec 2009 r. Kolejne włamanie w Mysłowicach. - Potem zaczęli straszyć mnie - mówi mężczyzna. 8 marca w saunie dosiadł się do niego jakiś mężczyzna. - Ostrzegł, że jeżeli nie odpuszczę Krzysztofowi K., to mogę dostać kulkę w łeb - relacjonuje.
Maj 2009 r. W Andrychowie ktoś kradnie siatkę z ogrodzenia. Fiszebrandta alarmuje jego matka, która z mężem śpi w pomieszczeniach nad hurtownią. Wezwany na miejsce policjant odmawia wszczęcia postępowania. - Matka była roztrzęsiona. Policjant podszedł do niej i zapytał, czy są jakieś straty. Powiedziała, że chyba niewielkie. Więc stwierdził, że z powodu znikomych strat nie ma podstaw do wszczęcia postępowania - kwituje biznesmen.
Zrozpaczony przedsiębiorca prosi prokuraturę, by połączyła wszystkie sprawy, które od lat są prowadzone oddzielnie w różnych miastach.
Prokurator Utrata: - Nie można tego zrobić, jeżeli nie ma wyjścia na sprawcę.
Ale prawo dopuszcza inny wariant połączenia spraw - w przypadku tzw. łączności przedmiotowej, czyli podobnych zdarzeń dotyczących tej samej osoby. Wtedy policja może połączyć postępowania i podjąć działania operacyjne. Nie korzysta z tego.
- Formalnie nie było podstaw do łączenia spraw - mówi Elżbieta Goleniowska-Warchał z wadowickiej policji.
Podejrzany jest chory. Pokrzywdzonemu współczujemy W czasie gdy płoną kolejne hurtownie, sprawą kradzieży pieniędzy dokonanej przez Krzysztofa K. zajmuje się prokurator Grzegorz Payerhin z Olkusza. Idzie jak po grudzie. Od 2007 r., gdy K. przedstawiono zarzuty, mężczyzna odmawia składania wyjaśnień i żąda prawa do końcowego zaznajomienia się z materiałami postępowania. Ale nie może tego zrobić, bo cały czas jest chory - adwokat dostarcza kolejne zaświadczenia lekarskie o złym stanie zdrowia klienta.
Prokuratura prosi o opinię Katedrę Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum UJ. Odpowiedź: K. jest zdolny do udziału w czynnościach procesowych.