Kończyłam właśnie przeglądać poranne gazety, i uczucie niesmaku rosło. Zostawmy już na boku przepychanki na temat roli Lecha Kaczyńskiego, Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka w stoczni gdańskiej w sierpniu 1980 r. (a jest tego mnóstwo, w "Naszym Dzienniku" sam Paweł Zyzak beszta Lisa, Frasyniuka i Borowczaka za umniejszanie roli bliźniaków, a w "Superexpressie" mamy wiele mówiący dwugłos: Wyszkowski: "Mazowiecki nie wierzył, że wygramy"; Borowczak: "Kaczyński nie chciał zostać z nami").
Mój niesmak dotyczył również czegoś innego. Dlaczego? Dlaczego najważniejszym tematem dla mediów jest wciąż najważniejsza partia opozycyjna? I jej prezes? Przecież to nie jest normalne. A ponieważ "Rzeczpospolitą" zostawiłam sobie na koniec, mój wzrok padł wreszcie na tekst Zdzisława Krasnodębskiego, który zaczyna się tak: "Kryzys gospodarczy, reorientacja polityki amerykańskiej, marsz Chin ku światowej potędze, nowa strategia Rosji, napięcia w relacjach między Francją i Niemcami zmieniły sytuację w Europie, co ma zasadnicze znaczenie dla Polski. A czym niemal bez wytchnienia zajmują się polskie media - Jarosławem Kaczyńskim". I tak przyszło mi się zgodzić z profesorem z Bremy, co zdarza się rzadko.
Dzisiaj Jarosławem Kaczyńskim i
PiS zajmuje się i "Wyborcza", analizując jego list do partyjnych działaczy, i "Polska", która rozbija w puch aeorodynamiczne teorie prezesa i jego akolitów na temat katastrofy smoleńskiej ("samolot powinien pościnać drzewa i jakoś sobie poradzić"), ale też i "Rz", która poświęca tematowi aż trzy artykuły.
Prof. Krasnodębski twierdzi, że ta obsesja jest wyrazem politycznego zaangażowania mediów, wciągnięcia ich (także "Rz", najwyraźniej) w misterny plan PO: "nie chodzi o to, żeby rozwiązać jakiś problem społeczny, lecz o załatwienie konkurenta politycznego, o zdezawuowanie go, by przez jego demonizacje lub ośmieszenie utrzymać się przy władzy".
No to daliśmy się wciągnąć. Też się zgadzam, że media powinny się powściągać, i zachowywać proporcje, i że niektórzy publicyści zdradzają przejawy lekkiej obsesji tematem, ale jak to zrobić, gdy wychodzą na jaw takie perełki, jak insajderska opowieść Konrada Piaseckiego w tejże "Rz" o wyborze Grzegorza Schetyny na marszałka Sejmu, kiedy to niektórzy PiS-owscy liberałowie wyłamali się z partyjnego nakazu głosowania "nie": "Gdy Jarosław zobaczył wynik głosowania, wściekł się, ruszył na poszukiwania tych, którzy głosowali wbrew klubowi. Spotkanych obsobaczał tak, jak jeszcze nigdy nikomu się chyba nie zdarzyło, krzyczał, że głosowanie na Schetynę to zdrada "
Łatwo jest krytykować media, że z lubością taplają się w medialnych tematach. Ale
Jarosław Kaczyński nauczył się umiejętnie ich dostarczać, i Palikot wraz z Migalskim są przy nim małymi bolkami. Bo jak oni na swoich blogach tworzą fakt medialny, to jest to tylko fakt medialny. A jak prezes największej partii opozycyjnej zmienia historię, umniejszając rolę bohaterów sierpnia 80., albo opowiada wierutne bzdury o tym, jak powinien się zachować 50-tonowy samolot lecący z prędkością 250 km/h przy zderzeniu z drzewem, sugerując spisek, zamach, albo ingerencję kosmitów, to jest poważna deklaracja lidera ważnej partii. I jak tu nie pisać?
Choć oczywiście z punktu widzenia higieny debaty publicznej, nad zawłaszczeniem której przez "narrację PO" ubolewa tak prof. Krasnodębski, lepiej byłoby, żeby wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego pomieszczono w małym tekście u dołu strony. Ot, takim jak ten, w którym "Dziennik Gazeta Prawna" opisuje plany reformy mającej zminimalizować skutki nieuchronnych demograficznych zmian: starzenia się społeczeństwa: "Grupa robocza przy Klubie Senatorów Platformy Obywatelskiej opracowała plan niezbędnych reform. Wśród nich ubezpieczenie od ryzyka niesamodzielności. Chce zmienić sposób finansowanie opieki dla osób starszych. Tak aby 10 mld złotych, które dziś są przeznaczone na ten cel, trafiały rzeczywiście do potrzebujących." Obowiązkowe ubezpieczenie opiekuńcze mieliby płacić wszyscy pracujący i emeryci.
No, ale PO przecież wcale "nie chodzi o to, żeby rozwiązać jakiś problem społeczny", prawda?