- Cholera! - aktorka średniego pokolenia na wieść, że rozmowa ma dotyczyć jej znajomego.
- Aaaaa! - cokolwiek bolesne westchnienie po drugiej stronie telefonu w agencji reprezentującej aktora.
- No, nie wiem, czy ktoś będzie rozmawiał, bo to teraz osoba publiczna, obrońca krzyża! - portier w krakowskiej PWST, z przekąsem.
Reakcje dotyczą Mariusza Bulskiego.
Niezbyt znany 34-letni aktor od tygodni jest jednym z częściej cytowanych ludzi w Polsce. Jak sam mówi o sobie, "stał się osobą, niestety, publiczną".
To on w imieniu "obrońców" krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego udziela wywiadów. Gdy inni członkowie Ruchu Obrony Krzyża rozmawiają z reporterem "Gazety", on przedstawia warunki, pod jakimi ich wypowiedzi mogą się ukazać. To on obwieszcza, że Ruch rozpisuje międzynarodowy konkurs na projekt pomnika, że najlepiej, gdyby krzyż w pomnik wmontować i że będą na to czekać pod krzyżem i do wiosny. To wreszcie Bulski - wbrew faktom - zapewnia, że "obrońcy" są za dialogiem.
- Chłopie, rany boskie! Co ty tam robisz? - zastanawia się licealny nauczyciel aktora, gdy widzi go w telewizji.
- Nie tak chcieliśmy kształtować naszą młodzież, nie od nas się uczył ekstremalnych zachowań - martwi się była dyrektorka częstochowskiego liceum Elżbieta Głowacka-Szlaga, oczekując na kolejne oświadczenie Bulskiego.
Dobry chłopak wyrusza w świat
W Wancerzowie, małej podczęstochowskiej wsi, mama Bulskiego opowiada sąsiadom, jaka jest dumna z Mariusza. Cały świat o nim usłyszał! Nawet z zagranicy dzwonią z gratulacjami, że takiego ma wspaniałego syna!
Pan Janek dumny nie jest. Może by się nawet wstydził, ale uważa, że nie musi, bo Bulscy w Wancerzowie "są przybyli", a nie zasiedziali z dziada pradziada. W swoim ponad 60-letnim życiu niejedno widział, ale "takiego cyrku, jak tam pod krzyżem ten Mariusz urządza", to nie.
Młoda dziewczyna na rowerze z dumą: - W telewizji mówią o kimś z naszej wioski.
Brat udaje, że bratem nie jest, ale zdradzają go sąsiedzi. Wtedy rzuca tylko, że "Mariusz chodził do kościoła".
Tata "Gazecie" o synu nie mówi nic. A ci, którzy o Mariuszu mówili, to dla niego "to komuchy". Uprzejmie, ale stanowczo wyprasza z dużego, zadbanego obejścia. W oddali widać szklarnie, podstawę egzystencji Bulskich. Kwiatki z nich Mariusz kiedyś nosił do szkoły.
- Może trochę lizusek, ale grzeczny, dobrze wychowany - mówi o Mariuszu jego dawny nauczyciel z podstawówki.
W czasach licealnych dobry uczeń. Z domu zdecydowanie poukładanego i z zasadami. Z duszą humanisty i sportowym zacięciem. Świetny siatkarz. Lubiany, wrażliwy, empatyczny. - Dobry chłopak - zapewnia jego była wychowawczyni Monika Licheńska-Walas.
Po maturze bardzo samodzielny. Sam zarabiał na utrzymanie. Najpierw pracując w sklepie z wyposażeniem łazienek, potem w prywatnym częstochowskim teatrze, organizując widownię i stawiając pierwsze kroki jako aktor. Sumienny, z dużą kulturą osobistą. Dobry człowiek.
Trochę trwało, zanim został aktorem. W 2003 roku skończył krakowską PWST, ale najpierw chodził na zajęcia do aktorskiego L'Art Studio. Przed Krakowem był też rok studiów w Akademii Teatralnej w Warszawie.
- Miał chyba jakieś zajęcia z Jackiem Poniedziałkiem, bo opowiadał o nim zafascynowany - przypomina sobie aktorka, znajoma z tamtych czasów.
Poniedziałek: - Zupełnie nie pamiętam tej twarzy. Wygooglowałem go sobie i nadal nic. Wielu słuchaczy z L'Art Studio pamiętam, jego nie.
Źródło: Gazeta Wyborcza