Zmiana w prezydenckiej polityce dotyczącej UE, jaką zadeklarował Komorowski w trakcie wizyty Bruksela - Paryż - Berlin w ubiegłym tygodniu, jest tak naturalna, że wręcz niezauważalna. Jednak jej znaczenie możemy ocenić jedynie poprzez porównanie tego, co przez przeszło cztery lata czynił w tej materii prezydent
Lech Kaczyński.
Dwa lata temu w 2008 r. Lech Kaczyński przedstawiał swój pogląd na rolę Polski w UE podczas przyjęcia dla ambasadorów. Jego zdaniem Unia zdominowana jest przez tandem
Niemcy -
Francja, należy wobec tego konstruować koalicję słabych, która mogłaby jednoczyć się przeciwko dyktatowi wielkich. Nasze znaczenie w Europie miało zwiększać strategiczne partnerstwo z
USA, a na wschodzie z Ukrainą.
Z "koalicji słabych" nic nie wyszło z prostego powodu - nie było chętnych państw, które chciałyby wejść do takiego obozu pod przewodnictwem Polski. Inne wiatry powiały też w Waszyngtonie i Kijowie.
Od tego czasu dla polskiej polityki wieją już inne wiatry. Zdawał sobie sprawę Lech Kaczyński i na koniec kadencji nadaremno oczekiwał zaproszeń z Paryża i Berlina. Czy jednak był w stanie takiej zmiany dokonać? Wątpliwe.
W Brukseli Komorowski skutecznie zaakcentował odmienność od poprzednika. Powtarzał, że nie będzie już rywalizacji między dwoma ośrodkami władzy - prezydentem i premierem. A dziennikarzom, pytany o konkretne "rządowe" sprawy, deklarował: "A to już jest domena rządu, prezydent nie prowadzi bieżącej polityki".
Przekaz drugi: Polska z roli eurosceptyka chce się znów znaleźć w głównym nurcie integracji europejskiej, a nawet stać się jej prymusem. Podczas konferencji z szefem Komisji Europejskiej prezydent stwierdził, że nasz kraj bierze na siebie zobowiązania ponadnormatywne. Chodzi o udział w pakiecie stabilizacyjnym dla Grecji, od którego odżegnała się
Słowacja - jeden z krajów strefy euro.
Trójkąt Weimarski wehikułem polskich interesów - Zdajemy sobie sprawę, że głównym motorem UE jest tandem Berlin - Paryż. Zamiast jednak próbować mu się przeciwstawiać, należy się do niego przyłączyć - tłumaczył w czasie wizyty dziennikarzom jeden z prezydenckich urzędników.
Trójkąt zamarł w 2006 r. po nieszczęśliwej "aferze kartoflanej". Komorowski przypomniał, że ta instytucja sprawdziła się podczas wchodzenia Polski do UE, ale po wejściu Polski do Wspólnoty pojawiały się głosy, że nie jest już potrzebny, gdyż w Unii decyduje zdanie wszystkich członków.
W 2006 r. na jego restytuowaniu zależało Niemcom, którzy w ten sposób chcieli wzmocnić swoją prezydencję w UE. Teraz zależy na nim Polsce.
Oficjalnie ma to być forum uzgadniania polityki wobec Rosji i Ukrainy. Ale jest to też sposób promowania polskich interesów. W polityce unijnej zależy nam na utrzymaniu w niezmienionej formie funduszu spójności (podobną opinię mają Niemcy) oraz polityki rolnej (tę chcą utrzymać Francuzi).
Czy Polsce uda się poprzez Trójkąt lepiej artykułować polskie interesy? Nie wiadomo. Natomiast będzie to z pewnością bardziej skuteczne niż próby tworzenia aliansu z Wielką Brytanią, co działo się u schyłku rządów Jarosława Kaczyńskiego.
Co z Ukrainą, USA i Grupą Wyszehradzką? Komorowski deklarował, że ta zmiana nie oznacza rezygnacji z dotychczasowych priorytetów polskiej polityki - strategicznych relacji z Ukrainą i bliskich relacji z USA.
To prawda, że polityka zagraniczna nie ma charakteru zero-jedynkowego, ale zwrot ku Niemcom i Francji oznacza, że Polska nie będzie już tak silnym promotorem prounijnych ambicji Ukrainy. Także współpraca z Grupą Wyszehradzką, która i tak przeżywa kryzys ze względu na animozje słowacko-węgierskie, może zejść na dalszy plan.
Prawdziwe wyzwanie dla przyszłego prezydenta Bronisława Komorowskiego to relacje z USA. W kwaterze NATO nowy prezydent zadeklarował, że nasz kraj sprzeciwia się "ekspedycyjnemu" charakterowi sojuszu, jaki chcą nadać mu USA, i będzie obstawał za umocnieniem artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego - zasadą kolektywnej obrony. Towarzyszy temu deklaracja o wycofaniu wojsk z Afganistanu do 2012 r.
W Brukseli, Paryżu i Berlinie Komorowski deklarował to, co tam bardzo się podobało. W Waszyngtonie, gdzie wybiera się pod koniec roku, będzie musiał powiedzieć coś, co gospodarzom podobać się nie będzie.
To już nie będzie "powrót do stałych ustalonych kolein polskiej polityki zagranicznej" - jak mawia prezydent - ale żegluga po nowych nieznanych wodach.