Wśród osób żegnających 36-letniego Biebienina byli liderzy opozycji, w tym pierwszy przywódca niepodległej Białorusi Stanisłau Szuszkiewicz, opozycyjni kandydaci na prezydenta Andrej Sannikau i Uładzimir Niaklajeu oraz przewodnicząca Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy Żanna Litwina.
- Aleg to był młody energiczny dziennikarz. Zawsze twierdziłem, że tacy ludzie to przyszłość Białorusi. Nie wiem, co się stało, ale w to, że popełnił samobójstwo, uwierzyć nie mogę - powiedział "Gazecie" Szuszkiewicz.
Biebienin był twórcą i szefem najpopularniejszej opozycyjnej białoruskiej witryny internetowej Charter97.org, która ostro krytykowała reżim rządzącego już 15 lat prezydenta Aleksandra Łukaszenki. Dziennikarz był blisko związany z Sannikauem, podczas zbliżających się wyborów prezydenckich (muszą odbyć się do początku lutego) miał być szefem jego sztabu.
W piątek wieczorem jeden ze znajomych znalazł ciało Biebienina w jego domu pod Mińskiem. Koledzy szukali go, bo dzień wcześniej umówił się z nimi na spotkanie, ale nie przyszedł (w SMS-ie zapewniał, że tylko się spóźni).
Dziennikarz na szyi miał pętlę, a sznur przymocowany był do prowadzących na piętro schodów. Jego nogi dotykały ziemi, obok ciała leżał przewrócony taboret. Nie zostawił listu pożegnalnego ani do najbliższej rodziny, ani do przyjaciół. W domu były za to dwie puste butelki po alkoholu.
Władze natychmiast ogłosiły, że opozycjonista popełnił samobójstwo. Sekcja zwłok wykazała, że się udusił. Nie miał bowiem zerwanych kręgów szyjnych, co jest główną przyczyną śmierci osób, które wieszają się.
Koledzy i współpracownicy Biebienina nie wykluczają morderstwa na tle politycznym, co w przeszłości już na Białorusi się zdarzało. Do dziś nie odnaleziono m.in. trzech znanych opozycjonistów i dziennikarza rosyjskiej telewizji ORT, którzy zniknęli w 2001 r. Prawdopodobnie zabili ich członkowie "szwadronów śmierci", którymi dowodził pułkownik białoruskiego specnazu. Istnienie szwadronu potwierdzili trzej wysocy rangą przedstawiciele resortów siłowych, którzy uciekli na Zachód.
Sam Biebienin został w 1997 r. porwany przez nieznanych sprawców i wywieziony do lasu. Napastnicy grozili mu, że na jego przykładzie pokażą, jak nie należy traktować władzy.
Podobne metody są wciąż na Białorusi modne. Szefowa opozycyjnej gazety "Narodnaja Wola" Swiatłana Kalinkina w sobotę napisała komentarz dla opozycyjnej witryny internetowej Białoruski Partyzant, twierdząc, że za śmiercią Biebienina mogą stać wewnętrzne walki pomiędzy różnymi ośrodkami władzy w białoruskich służbach specjalnych. "Żyj i bój się. Rozpoczęte zostało polowanie na zdrajców. Jeszcze jeden taki artykuł i koniec z tobą" - napisał ktoś na kartce podrzuconej do jej skrzynki pocztowej.
„Zabić dziennikarza mogły tak białoruskie »szwadrony śmierci «, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że władze widzą w Sannikau przeciwnika, jak i rosyjskie służby specjalne, by kolejny raz podnieść temat represji” - pisze z kolei popularna białoruska gazeta internetowa „My”, choć nie wyklucza ona samobójstwa.
Mińsk i Moskwa od miesięcy toczą gospodarcze i propagandowe wojny. Rosjanie przestali dostarczać Białorusinom tanią ropę, jedna z głównych telewizji wyemitowała też film "Baćka chrzestny", oskarżając Łukaszenkę o korupcję i zlecanie zabójstw przeciwników politycznych. Rosyjscy oficjele spotykają się też z opozycją białoruską, czego wcześniej nie robili.
Białoruska
telewizja przeprowadziła za to wywiad ze znienawidzonym w Moskwie prezydentem Gruzji Micheilem Saakaszwilim, a ostatnio naśmiewała się z wyprawy Władimira Putina na Daleki Wschód, gdzie premier Rosji jeździł ładą kaliną, najnowszym osiągnięciem rosyjskiego przemysłu motoryzacyjnego.
Rosyjska gazeta "Izwiestia" nazwała wczoraj samobójstwo Biebienina "dziwnym". "Kommiersant" podkreślił, że ciało dziennikarza nie wisiało, jak to zazwyczaj bywa z samobójcami, tylko "stało na ziemi" z pętlą na szyi i że na jednej z rąk widoczne było zadrapanie.
Choć wszystko wskazuje, że Biebienin popełnił samobójstwo, to bierzemy też pod uwagę inne przyczyny śmierci - stwierdziła wczoraj białoruska prokuratura, nie precyzując, o co chodzi.