Pozew w imieniu Abdula Maleka złożyli w sądzie krajowym w Bonn dwaj niemieccy adwokaci. 5 września 2009 r. ten afgański kierowca był jedną z ofiar zarządzonego przez niemieckiego oficera płk. Georga Kleina bombardowania dwóch cystern z paliwem, które utknęły na przeprawie przez rzekę Kunduz w północnej części kraju.
Kilka godzin wcześniej cysterny porwali talibowie.
Niemcy postanowili je zniszczyć, bojąc się, że zostaną przerobione na jeżdżące bomby i użyte do zamachów. Problem w tym, że decydując o ataku, płk Klein nie sprawdził, czy wokół ciężarówek nie ma cywilów. Od bomb zrzuconych na jego rozkaz przez amerykańskie myśliwce zginęły 142 osoby, w tym wielu okolicznych wieśniaków, a kilkadziesiąt zostało rannych.
Bombardowanie wywołało w Niemczech potworną burzę. Sprawę bada komisja śledcza Bundestagu. Stanowisko stracił generalny inspektor Bundeswehry, a były minister obrony, który w międzyczasie przejął resort pracy, wycofał się z polityki. By uniknąć kompromitującego procesu, Niemcy postanowili dogadać się z rodzinami ofiar. Po kilkumiesięcznych negocjacjach prowadzonych ze starszyzną plemienną przez wynajętych przez rząd prawników ogłoszono, że 102 osoby dostaną w sumie 430 tys. dol.
Nie ma jednak wśród nich Abdula Maleka, który bombardowanie przeżył cudem. Jak wynika ze złożonego w Bonn pozwu, odniósł poważne obrażenia, do dziś ma problemy z zasypianiem i szumy w uszach. Poważnego uszczerbku doznała też jego psychika. Oprócz 50 tys. euro domaga się pokrycia kosztów leczenia w Niemczech.
Nie wiadomo, kiedy ruszy proces, ani czy Malek pojawi się na nim osobiście. Być może Bundeswehra szybko się z nim dogada i wypłaci pieniądze.