Napastnicy w nafaszerowanym trotylem samochodzie osobowym zaatakowali w nocy z soboty na niedzielę - tuż po północy, gdy rosyjscy żołnierze spali w polowych namiotach rozstawionych na poligonie Dalnyj. Ofiar zamachu byłoby znacznie więcej, gdyby nie czujność wartowników, których zaniepokoiło pędzące w ich stronę
auto. Ostrzelany pojazd przebił się przez bramę poligonu, ale tuż przed namiotowym miasteczkiem roztrzaskał się na wojskowej ciężarówce, którą żołnierze zajechali mu drogę.
Dzień wcześniej, w odległej o blisko 40 km dagestańskiej stolicy Machaczkale, kaukascy partyzanci zaatakowali lokalnego ministra ds. narodowościowych i religijnych. Zamachowcy podłożyli bombę w aucie zaparkowanym na noc przed domem Bek Murzy Bekmurzajewa. Odpalili ładunek w sobotni poranek, gdy minister wybierał się do pracy. W eksplozji zginął kierowca, a sam Bekmurzajew i dwaj żołnierze z jego eskorty zostali ranni.
Stanowisko ministra ds. narodowościowych i religii należy w Dagestanie do najniebezpieczniejszych. W zamachach bombowych i od kul zamachowców zginęli dwaj poprzednicy Bekmurzajewa - Mohammed Salih Husajnow w sierpniu 2003 r. i Zachir Aruchow w maju 2005 r. W zeszłym roku partyzanci zastrzelili też wszechwładnego ministra policji Adilgereja Mohammedtagirowa. Kula snajpera trafiła go, gdy palił papierosa przed restauracją, w której odbywało się wesele córki jednego z jego podwładnych.
3-mln Dagestan to największa i jednocześnie najbiedniejsza z kaukaskich republik. Od dawna rywalizuje z sąsiednią Czeczenią o złowrogi tytuł epicentrum terroryzmu w Rosji.
Najnowsza z kaukaskich wojen, rozpoczęta najazdem rosyjskich wojsk na Czeczenię jesienią 1999 r., wybuchła latem tamtego roku właśnie w Dagestanie. Rosyjską inwazję sprowokował bowiem najazd czeczeńskich partyzantów pod wodzą Szamila Basajewa na Dagestan, a także cztery wrześniowe krwawe zamachy bombowe w Rosji. Jednego z nich dokonano w dagestańskim Bujnaksku, gdzie na osiedlu zamieszkałym przez rodziny rosyjskich oficerów zginęło 68 osób, a ponad 150 zostało rannych.
Winą za zamachy Kreml obarczył kaukaskich partyzantów i w odwecie posłał wojsko, by podbiło zbuntowaną Czeczenię. Oficer rosyjskich służb specjalnych Aleksander Litwinienko, który wyjechał do Wielkiej Brytanii i w 2006 r. został otruty, twierdził, że tamte zamachy były prowokacją rosyjskich służb specjalnych. Miały dać powód do rozpoczęcia nowej kaukaskiej wojny i wynieść do władzy Władimira Putina, mianowanego wtedy na stanowisko premiera.
Od tamtego czasu położonym nad Morzem Kaspijskim Dagestanem wstrząsają zamachy, strzelaniny, wybuchy lokalnych wojen i religijnego fanatyzmu, rozgrywki klanów o władzę i wpływy, a także porachunki mafijnych armii powiązanych z politykami.
Od prawie dziesięciu lat w Dagestanie walczą też kaukascy mudżahedini, którzy przenieśli się w tutejsze góry z brutalnie pacyfikowanej przez Rosjan Czeczenii. Dagestańscy partyzanci, uchodzący za najpobożniejszych na całym Kaukazie, odgrywają coraz większą rolę w tym powstaniu - szczególnie odkąd w 2007 r. jego przywódca, Czeczen Dokku Umarow, z wojny o czeczeńską niepodległość przemienił je w walkę o utworzenie kaukaskiego kalifatu.
Dagestańczycy są dziś zastępcami Umarowa, a ślady większości zamachów bombowych, dokonywanych w ostatnich latach w Rosji, wiodą zwykle do Dagestanu. To z tej republiki pochodziły samobójczynie, które w marcu br. wysadziły się w powietrze w moskiewskim metrze, zabijając 40 osób. Dagestańczykiem okazał się też człowiek, który do samobójczej misji je przygotował i posłał (zginął niedawno w zastawionej przez Rosjan zasadzce).
W odróżnieniu od Putina, którego kaukaska polityka sprowadzała się do brutalnej przemocy i kupowania za pieniądze lojalności kaukaskich watażków, obecny prezydent
Dmitrij Miedwiediew próbuje zamiast kija używać raczej marchewki. Żołnierzy z karabinami i kremlowskich posłańców z workami rubli usiłuje zastępować miejscową elitą, którą zachęca do otwierania fabryk i targowisk, by dać pracę bezrobotnej młodzieży i odciągnąć ją od powstania.
Takie zadanie Miedwiediew postawił na początku roku 46-letniemu Mohammedowi Salamowi Mohammedowowi, jednemu z najbogatszych Dagestańczyków, którego mianował prezydentem republiki. Według moskiewskich znawców Kaukazu nieskuteczność, korupcja i arogancja zarówno lokalnych władz, jak i nadzorujących ich kremlowskich urzędników, oraz ciągłe zamachy i strzelaniny mogą przekonać Miedwiediewa do powrotu do putinowskiej polityki przemocy. Tym bardziej że zbliża się rok 2014, w którym Rosja ma zorganizować zimową olimpiadę w Soczi, leżącym na granicy niespokojnego Kaukazu.