Co ich denerwuje? Grupowe zwolnienia? Odebranie przywilejów emerytalnych, za które płacą wszyscy podatnicy? Obniżka pensji, które stanowią około połowy kosztów Kompanii? Zlikwidowanie przywilejów działaczy związkowych, które pochłaniają kwoty porównywalne z ubiegłorocznym zyskiem spółki? Ależ skąd. Nic takiego górnikom nie grozi.
Nie podoba im się strategia zarządu zakładająca likwidację nierentownych kopalń, zwłaszcza Halemby, która od 2003 r. przyniosła 1,3 mld zł strat. Górnikom z Halemby nie grozi ani zwolnienie, ani obniżka pensji - mają trafić do innych kopalń.
Dlaczego więc protestują? Bo nie chcą żadnych zmian. Chcą, żeby trwał obecny układ, w którym pensje nie są w żaden sposób uzależnione od wyników spółki, firmą trzęsą związki zawodowe, zarząd ma niewiele do powiedzenia, a właściciel, czyli skarb państwa, dba tylko o to, żeby był spokój. Dla świętego spokoju z budżetu - czyli od nas wszystkich - górnictwo dostanie w tym roku 400 mln zł na inwestycje.
Kompania Węglowa dryfuje ku nieuchronnej katastrofie. Nie ma zysków, więc banki nie dadzą jej kredytów na inwestycje w nowe złoża węgla. Skoro nie ma inwestycji, zmniejsza się wydobycie, więc spadają przychody i zyski. W końcu według prognoz geologów za 15 lat węgiel w istniejących dziś kopalniach się skończy, Kompania ogłosi upadłość i zostanie zlicytowana po kawałku, tak jak stocznie.
Działaczy związkowych to nie interesuje. Za 15 lat mogą już być na górniczych emeryturach. Finansowanych z budżetu państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza