- Energia, która wybuchła po artykule, właściwie uniemożliwiła mi dalszą pracę. Nie potrafiłabym przekazywać wiedzy w atmosferze zatrutej niechęcią, intrygą - tłumaczy Konarzewska. - Obawiałam się, że to odbije się na uczniach, nie chciałam, by byli zmuszeni wziąć stronę moją lub szkoły.
Konarzewska w swoim głośnym tekście w „Gazecie" wyznała, że ukrywała orientację seksualną ze strachu przed reakcją dyrekcji, nauczycieli, uczniów. - Chciałam dotknąć kołtuństwa, mechanizmów kształtowania norm w szkole, ale i ogólnie w społeczeństwie, w którym osoby z mniejszości są dyskryminowane - tłumaczyła swój coming out. Opisała sytuacje z LO - dla niej upokarzające. Np. jej uczennica musiała się tłumaczyć, dlaczego w eseju o tolerancji na olimpiadę filozoficzną wspomniała o gejach i lesbijkach, „dałoby się przecież o tolerancji pisać bez »tego «”.
Konarzewska: - Pod koniec sierpnia zaniosłam dyrektorowi podanie o zwolnienie. Przyjął. O nic nie pytał. Powiedział, że to moja decyzja. Miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą.
Andrzej Kolasiński, dyrektor IX LO, napisał nam w e-mailu, że decyzja nauczycielki zaskoczyła go, bo chciał, by doprowadziła swoją klasę do matury: "Rozumiem, że szybka ścieżka kariery, na którą wkroczyła, a o której donoszą mass media, wymaga wyrzeczeń".
Konarzewska dwa dni po rozmowie z dyrektorem przyszła zabrać swoje rzeczy. - Gdy otworzyłam drzwi do pracowni, odrzucił mnie potworny smród. W środku były koty, nie wiem, od jak dawna załatwiały się na podłogę, na klasówki, moje książki i setki potrzebnych mi kserówek - opowiada.
- To osierocone kocięta znalezione na terenie szkoły - tłumaczy Kolasiński. O sali 22 mówi, że jest w piwnicy, wdarła się tam wilgoć i lekcji miało już tam nie być.
Konarzewska prowadzi seminarium literackie w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia w Warszawie. Jest wicenaczelną "Furii", magazynu lesbijsko-feministycznego. Wraz z wicenaczelnym "Gazety" Piotrem Pacewiczem kończy książkę o nienormatywnych relacjach erotycznych.
Źródło: Gazeta Wyborcza