Takie osoby, gdy występują publicznie z moralnym przesłaniem, budzą sporą sympatię i równie mocną wściekłość. A wściekłość ta bierze się ze strachu przed rzeczywistością inną niż tandetne schematy ideologiczne.
Dlatego dowiedzieliśmy się od
PiS i przyjaciół tej partii, że Krzywonos zachowała się żenująco, bełkotała, że baba, że trzeba o niej zapomnieć, no i, rzecz jasna, że zblatowała się z PO. Nie odegrała też żadnej roli podczas strajku w stoczni, a teraz pcha się do kariery. Całkiem pokaźna liczba inwektyw w zamian za parę zdań o szefie.
Ale te inwektywy świadczą jedynie o słabości i bezradności tych, którzy nimi operują. O tym, że nie potrafią oni skonfrontować się z sytuacją nieprzewidywalną i osobą spoza znanych im piaskownic. Że, inaczej mówiąc, nie potrafią skonfrontować się z życiem. Henryka Krzywonos pokazała to dobitnie.
Ten polityczny świat, który teraz tak się na nią rzucił, składa się głównie z marnych frazesów, wytartych haseł. Z pustki oraz ignorancji wzbudzanych złością na to, co inne. Ta formacja, radykalny polski konserwatyzm, interesuje się już tylko sobą, tym, by błogo tkwić w niegdyś wyrobionych schematach. Kto im ten spokój narusza, ten wróg. A nade wszystko niepokoi ich istnienie osób niezależnych od życia grupowego. Może dlatego, że uświadamia im to, kim nie są. A może dlatego, że tacy ludzie, właśnie jak Krzywonos, dysponujący suwerennym osądem moralnym, poświadczają siłę wolności. I tego, że wolność, by była silna, musi stowarzyszać się z równością.