Grzegorz Sroczyński: Czy in vitro to "wielkie zagrożenie" dla rozwoju płodu? Czy powoduje "kilka razy więcej ułomności"?
Dr Katarzyna Kozioł, kierownik laboratorium in vitro w przychodni Novum: To nieprawda. Jest sporo badań, największe - na grupie 6 tys. dzieci z probówki - prowadzi zespół prof. Van Steirteghema w Belgii. Ryzyko wad wrodzonych w całej populacji wynosi około 3 proc. U dzieci z probówki to 3,2-3,4 proc., jest więc nieznacznie większe.
Skąd ten wzrost?
- Nie wiąże się on z samą metodą in vitro, tylko z niepłodnością rodziców. Konkretnie - z chorobą, która do niepłodności doprowadziła. Tak samo nieznacznie zwiększone ryzyko wad wrodzonych występuje u dzieci poczętych w wyniku tzw. naturalnych metod leczenia niepłodności lub kiedy niepłodna para, choć nie poddała się żadnemu leczeniu, w końcu jakimś cudem ma dziecko.
Przeciwnicy in vitro najczęściej wymachują pracą naukowców holenderskich z 2002 r. Wyszło im, że statystycznie więcej dzieci z probówki zapada na rzadki nowotwór, tzw. siatkówczaka. Ale było to tylko siedem przypadków, więc kontynuowano badania i w 2009 r. ci sami naukowcy opublikowali nowe wyniki. Tym razem w grupie dzieci po in vitro było znacząco mniej przypadków siatkówczaka niż w całej populacji. Tych nowych wyników przeciwnicy sztucznego zapłodnienia nie przyjęli do wiadomości. Bo nie o naukę im chodzi, lecz o ideologię.
Komentarz
Na rozpowszechnianie fałszywych informacji o in vitro nie zasługują szczęśliwi rodzice, którzy na tę metodę się zdecydowali, ani ich dzieci. Najstarsze polskie dziecko z probówki w listopadzie skończy 23 lata. Istnieje zatem ryzyko - co prawda tylko statystyczne - że czyta "Rzeczpospolitą".
Źródło: Gazeta Wyborcza